Mój avatararchiwum
Marzec Luty 2011 Grudzień Listopad Październik Wrzesień Czerwiec Maj Marzec Styczeń 2010 Listopad Październik Wrzesień Sierpień Czerwiec Maj Kwiecień Marzec Styczeń 2009 Grudzień Listopad Październik Wrzesień Lipiec Czerwiec Maj Kwiecień Marzec Luty Styczeń 2008 Grudzień Listopad Wrzesień Sierpień Lipiec Czerwiec Maj Kwiecień Marzec Luty Styczeń 2007 Grudzień Listopad Październik Wrzesień Sierpień Lipiec Czerwiec Maj Kwiecień Marzec Luty Styczeń 2006 Grudzień Listopad Październik Wrzesień Sierpień linki
mój fotosik Śpiewające konie JAK NALEŻ ZACHOWAĆ SIĘ NA DRODZE czyli nauka jazdy Piasek by Dydzio SABAT - FIRESHOW znajomi Agusa :) Dorota :) ulubieniLicznik odwiedzinZajrzało tutaj już 56566 osóbPowered by blog 4u |
Meyer Stephenie - Zmierzch .... eBooki ....STEPHENIE MEYERZMIERZCH Mojej starszej siostrze Emily, bez której byc moe nigdy nie ukonczyłabym tej ksiaki Ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jesc, bo gdy z niego spoyjesz, niechybnie umrzesz. Ksiega Rodzaju 2, 17 (BT) Nigdy wczesniej nie zastanawiałam sie nad tym, jak chciałabym umrzec - nawet mimo wydarzen ostatnich miesiecy. Ale chocbym próbowała, z pewnoscia nie wpadłabym na cos podobnego. Sparaliowana wpatrywałam sie w ciemne oczy drapiecy stojacego na przeciwległym koncu długiego pomieszczenia, a on przygladał mi sie z usmiechem. Oto miałam oddac ycie za kogos innego, za kogos, kogo kochałam. To dobra smierc, bez watpienia. Szlachetny postepek. Cos znaczacego. Gdybym nie przeniosła sie do Forks, nie stałabym teraz oko w oko z morderca, wiedziałam o tym dobrze, ale mimo to nie potrafiłam zmusic mego kołaczacego serca do poałowania decyzji o przeprowadzce. Własnie tu spotkało mnie szczescie, o jakim nawet nie marzyłam, i nie warto było rozpaczac, e słodki sen dobiegał konca. Nie zmieniajac przyjaznego wyrazu twarzy, mroczny łowca ruszył w moja strone, by zadac ostateczny cios. 1 PIERWSZE SPOTKANIE Jadac z mama na lotnisko, szeroko otworzyłysmy samochodowe okna. W Phoenix były dwadziescia cztery stopnie w cieniu przy absolutnie bezchmurnym niebie. Miałam na sobie moja ulubiona koszulke - bez rekawów, z białej siateczki - włoona specjalnie z okazji wyjazdu. Do samolotu zamierzałam wziac kurtke. Celem podróy było miasteczko Forks połoone na północno - zachodnim krancu stanu Waszyngton, na półwyspie Olympic. Pada tam czesciej ni w jakimkolwiek innym miejscu w Stanach i jest to jedyna rzecz, jaka wyrónia te miescine. To własnie przed tymi posepnymi, deszczowymi chmurami uciekła moja matka, gdy miałam zaledwie pare miesiecy. Ona uciekła, ale ja musiałam spedzac w Forks bite cztery tygodnie kadego lata. Wreszcie, jako czternastolatka, zbuntowałam sie i od trzech lat jezdziłam z tata, co roku na dwutygodniowe wakacje do Kalifornii. Mimo to zgodziłam sie tam wrócic. Sama skazałam sie na wygnanie. Byłam przeraona. Nienawidziłam tego miejsca. Za to Phoenix uwielbiałam. Kochałam je za słonce i upał, za bijaca od tego miasta ywotnosc, za tempo, z jakim sie rozwijało. - Bello - odezwała sie mama w hali odlotów - pamietaj, e nie musisz tego robic. - Powiedziała to po raz setny i niewatpliwie ostatni. Moja mama wyglada zupełnie tak jak ja, jak ja z krótkimi włosami i pierwszymi zmarszczkami mimicznymi. Spojrzałam jej w oczy - ma wielkie oczy dziecka - i poczułam narastajaca panike. Jak mogłam zostawiac sama tak nieobliczalna i nieprzytomna osobe? Czy sobie poradzi? Oczywiscie, miała teraz Phila, rachunki beda, zatem płacone w terminie, lodówka i bak pełny, a jesli sie gdzies zgubi, bedzie miała, do kogo zadzwonic, ale mimo to... - Ale ja naprawde chce jechac - skłamałam. Nigdy nie byłam uzdolnionym kłamca, ale ostatnio powtarzałam to zdanie tak czesto, e brzmiało ju niemal przekonujaco. - Pozdrów ode mnie Charliego. - Nie zapomne. - Niedługo sie zobaczymy - powiedziała z przekonaniem w głosie. - Moesz wrócic do domu w kadej chwili. Tylko zadzwon, a zaraz sie pojawie. Miałam swiadomosc, e ta obietnica sporo ja kosztuje. - Nic sie nie martw. Bedzie fajnie. Kocham cie, mamo. Przytuliła mnie mocno do siebie i trzymała tak długa chwile, a potem wsiadłam do samolotu i ju jej nie zahaczyłam. Czekały mnie cztery godziny lotu z Phoenix do Seattle, potem godzina w awionetce do Port Angeles i wreszcie godzina jazdy z lotniska do Forks. Nie bałam sie latania, tylko własnie tej godziny w aucie sam na sam z moim tata Charliem. Do tej pory zachowywał sie bez zarzutu. Najwyrazniej naprawde sie cieszył, e miałam z nim po raz pierwszy zamieszkac niemal na stałe. Zapisał mnie ju do liceum i obiecał pomóc w kupnie auta. Mimo to byłam pewna, e bedziemy nieco skrepowani. adne z nas nie naleało do ludzi gadatliwych, a i tak nie wiedziałabym za bardzo, o czym tu opowiadac. Zdawałam sobie sprawe, e moja decyzja go zaskoczyła - podobnie jak mama, nigdy nie ukrywałam niecheci do Forks. Gdy wyladowałam w Port Angeles, padał deszcz, ale nie wziełam tego za zła wróbe - ot, było to po prostu nieuniknione. Poegnałam sie ze słoncem ju kilka godzin wczesniej. Charlie przyjechał po mnie radiowozem. Tego te sie spodziewałam - tato jest w Forks komendantem policji. To własnie, dlatego, mimo powanego braku funduszy, chciałam jak najszybciej sprawic sobie samochód - eby nie woono mnie po okolicy w aucie z kogutem na dachu. Nic tak nie zwalnia ruchu na drodze jak gliniarz. Gdy schodziłam niezdarnie po schodkach na płyte lotniska, przytrzymał mnie odruchowo, jednoczesnie jakby sciskajac na powitanie jedna reka. - Jak dobrze cie widziec, Bells. Nie zmieniłas sie zbytnio. Co słychac u Renee? - U mamy wszystko w porzadku. Te sie ciesze, e cie widze, tato. - Nie wolno mi było mówic do niego po imieniu. Miałam zaledwie pare toreb, bo wiekszosc moich ubran nie pasowała do klimatu stanu Waszyngton. Wprawdzie wysupłałysmy z mama troche grosza na powiekszenie mojej zimowej garderoby, ale i tak było tego niewiele. Wszystko bez trudu zmiesciło sie w baganiku radiowozu. - Znalazłem dobre auto, jak dla ciebie. Naprawde tanie - oznajmił mi tato po zapieciu pasów. - Jaka to marka? - Nie spodobało mi sie to „jak dla ciebie”. - Chevrolet. Własciwie to Pick - up. - Gdzie go znalazłes? - Pamietasz Billy'ego Blacka z La Push? - La Push to malenki rezerwat Indian nad samym morzem. - Nie. - Jezdzilismy razem na ryby - podpowiedział Charlie. To by wyjasniało, dlaczego go nie pamietałam. Jestem prawdziwa mistrzynia w wymazywaniu z pamieci bolesnych i niepotrzebnych wspomnien. - Jezdzi teraz na wózku inwalidzkim - ciagnał tato - wiec nie moe ju prowadzic. Obiecał, e sprzeda mi go tanio. - Jaki to rocznik? - Sadzac po jego minie, miał nadzieje, e nie zadam tego pytania. - No có, Billy niezle sie napracował przy silniku, teraz jest prawie jak nowy. Chyba nie wierzył, e poddam sie tak łatwo. - W którym roku kupił auto? - Bodaje w 1984. - I to rok produkcji? Hm, nie. Sadze, e pochodzi z wczesnych lat szescdziesiatych. Góra z póznych piecdziesiatych - przyznał nieco zawstydzony. - Wiesz, e nie znam sie na samochodach, tato. Jesli cos sie zepsuje, sama sobie nie poradze, a nie stac mnie na mechanika... - Spokojnie, bryka pracuje bez zarzutu. Teraz ju takich nie robia. Bryka? Hm... Moe nie bedzie tak zle. Przynajmniej nie musiałam ju szukac ksywki dla samochodu. - Tanio, czyli ile? - Tu nie mogłam isc na kompromis. - Widzisz, skarbie, ja go ju poniekad kupiłem - Charlie zerknał na mnie niesmiało, z nadzieja w oczach. - Jako prezent powitalny. Bomba. Bryka za darmo. - Och, naprawde nie musiałes. Byłam gotowa sama za wszystko zapłacic. - To nic takiego. Chce, ebys była tu szczesliwa. - Mówiac to, tato patrzył prosto przed siebie na droge. Zawsze wstydził sie mówic o uczuciach. Odziedziczyłam to po nim, wiec take odwróciłam głowe. - To wspaniały gest, dziekuje. - A co do bycia szczesliwa w Forks, po co wspominac, e adne auto tu nie pomoe. To po prostu nierealne. Ale tato nie musiał o tym wiedziec, a i ja nie miałam zamiaru zagladac darowanemu Pick - upowi pod maske. - Ech, no, nie ma, za co - wymamrotał Charlie zmieszany moim podziekowaniem. Wymienilismy jeszcze pare uwag dotyczacych pogody - nadal padało - i to by było na tyle. Wpatrywalismy sie w droge w milczeniu. Okolica była niezaprzeczalnie piekna. Wszystko toneło w zieleni: korony drzew, ich pokryte mchem pnie, porosnieta paprociami ziemia. Nawet powietrze wydawało sie zielone w swietle saczacym sie przez baldachim z igieł. Przez te wszechobecna zielen czułam sie jak na obcej planecie*. W koncu zajechalismy na miejsce. Charlie nadal mieszkał w niewielkim domku z dwiema sypialniami, kupionym jeszcze z matka tu po slubie. Zreszta wszystko, co zrobili jako ma i ona, zrobili tu po slubie. Pózniej nie byli ju po prostu małenstwem. Przed domem, który od lat wygladał tak samo, stał nowy - nowy dla mnie - samochód. Miał wyblakły czerwony lakier, zaokraglone zderzaki i staromodnie opływowa szoferke. O dziwo, z miejsca przypadł mi do gustu. Nic miałam pewnosci, czy zapali, ale umiałam sobie wyobrazic siebie za jego kierownica. Na dodatek był to jeden z tych solidnych modeli, które sa praktycznie niezniszczalne - jeden z tych, które w filmach nie maja chocby jednej rysy po staranowaniu jakiegos zagranicznego Sedana. - Kurcze, tato, jest wystrzałowy! Dzieki! - Pozbyłam sie przy najmniej jednej z * Bohaterka pochodzi z Phoenix, stolicy pustynnej Arizony (wszystkie przypisy pochodza od tłumacza). ponurych wizji dotyczacych pierwszego dnia w nowej szkole. Nie musiałam ju wybierac pomiedzy trzy kilometrowym spacerem w deszczu a zajechaniem na lekcje w radio wozie. - Ciesze sie, e ci sie podoba - szepnał Charlie zakłopotany. Cały baga zdołalismy wniesc na pietro za jednym zamachem. Dostałam sypialnie wychodzaca na zachód, na podjazd przed domem, te sama, w której spalam dawniej kadego lata. Drewniana podłoga, bladoniebieskie sciany, spadzisty sufit, poółkłe firanki - wszystko to przywoływało wspomnienia. W kacie pokoju nadal stal mój miniaturowy fotel bujany. Jedyne zmiany, jakich Charlie kiedykolwiek tu dokonał, to wymiana łóeczka na zwykle łóko i wstawienie biurka, gdy osiagnełam wiek szkolny. Na owym biurku stal teraz komputer kupiony z drugiej reki, z modemem podłaczonym do gniazdka telefonicznego kablem przymocowanym do podłogi zszywkami. Internetu zaadała mama, abysmy mogły kontaktowac sie z soba bez przeszkód. W domu było tylko jedna łazienka, niewielkie pomieszczenie u szczytu schodów. Miałam ja rzecz jasna dzielic z Charliem, ale o tym starałam sie jeszcze nie myslec. Brak nadopiekunczosci jest jedna z najlepszych cech taty. Zostawił mnie sama, ebym sie rozpakowała i rozgosciła. Mama nie byłaby w stanie zdobyc sie na cos takiego. A tak nareszcie mogłam przestac sie usmiechac. Wpatrywałam sie przez chwile zrezygnowana w sciane deszczu za szyba i uroniłam kilka łez, ale tylko kilka. Reszte planowałam zachowac na wieczór, jako gwałtowny akompaniament do rozmyslan o jutrzejszym dniu. Do miejscowego gimnazjum i liceum** chodziło raptem trzystu piecdziesieciu siedmiu (ze mna piecdziesieciu osmiu) uczniów, gdy w Phoenix tylko mój rocznik liczył siedemset osób. W dodatku wszystkie te dzieciaki z Forks dorastały razem - ba, nawet ich dziadkowie znali sie od dziecinstwa! Miałam szanse stac sie wytykanym palcami dziwadłem z wielkiego miasta. Gdybym, chocia wygladała, jak przystało na dziewczyne z goracego południa, gdybym była opalona, wysportowana blondynka, taka, co to gra w szkolnej druynie siatkówki albo wystepuje w zespole przed meczami, moe wtedy wyróniałabym sie na korzysc. Ale nic z tego. Mój wyglad nie mógł mi pomóc. Chocia w Phoenix zawsze swieciło słonce, moja skóra przypominała odcieniem kosc słoniowa, a nie miałam ani niebieskich oczu, ani rudych włosów, które jakos by ten fenomen tłumaczyły. Byłam szczupła, ale nie nabita, wiec kady widział, e adna ze mnie sportsmenka. Do sportów brakowało mi po prostu niezbednej koordynacji ruchowej, dlatego kade moje wyjscie na boisko konczyło sie publicznym upokorzeniem i obraeniami, którym ulegali z mojej winy take inni zawodnicy. Gdy skonczyłam ju układac ubrania w starej sosnowej komodzie, poszłam z kosmetyczka do naszej wspólnej łazienki odswieyc sie po podróy. Rozczesujac splatane, ** W Stanach Zjednoczonych jest to jedna szkoła, tzw. high school. wilgotne włosy, przygladałam sie swojemu odbiciu w lustrze. Moe to tylko ta deszczowa pogoda za oknem, ale wygladałam jak blada rekonwalescentka. Czasem bywałam nawet zadowolona ze swojej cery - nieskazitelnej, niemal przezroczystej - ale wszystko zaleało od odpowiedniego oswietlenia. Tu jednak nie mogłam liczyc na nic lepszego. Patrzac tak na siebie, doszłam do wniosku, e nie ma, co sie oszukiwac. Nie chodziło tylko o wyglad. Skoro nie znalazłam dla siebie miejsca w szkole z trzema tysiacami uczniów, czy mogłam miec nadzieje, e poradze sobie w Forks? Nawiazywanie kontaktów z rówiesnikami przychodziło mi z trudem. Tak naprawde, nawiazywanie kontaktów z kimkolwiek przychodziło mi z trudem. Nawet mama, która była mi najblisza osoba pod słoncem, nie potrafiła do konca przebic sie przez moja skorupe. Nigdy nie nadawałysmy na tych samych falach. Czasami zastanawiałam sie, czy naprawde odbieram swiat w ten sam sposób, co inni. Moe mam cos z głowa? Mniejsza o przyczyne, liczył sie efekt. A jutro to miał byc dopiero poczatek. Nie spałam za dobrze tej pierwszej nocy, nawet szlochanie w poduszke mnie nie uspokoiło. Nie potrafiłam przywyknac do ciagłego szumu wiatru i deszczowych werbli bijacych o dach. Naciagnełam na głowe stara, wyblakła kołdre, a potem dołoyłam jeszcze poduszke, ale i tak zasnełam dopiero po północy, kiedy ulewa przeszła w koncu w kapusniak. Rano za oknem widac było tylko gesta mgłe i powoli zaczeła dawac mi sie we znaki klaustrofobia. Bez błekitu nieba czułam sie jak w klatce. Przy sniadaniu nie rozmawialismy za duo. Charlie yczył mi powodzenia, a ja podziekowałam grzecznie, pewna, e jego yczenie sie nie spełni. Los nie miał w zwyczaju sie do mnie usmiechac. Tato pierwszy wyszedł z domu i pojechał na komisariat, który skutecznie zastepował mu one. Po jego wyjsciu siedziałam przez dłusza chwile przy debowym stole na jednym z trzech krzeseł, z których kade było inne, i lustrowałam wzrokiem niewielka kuchnie. Nic sie tu nie zmieniło. Sciany wyłoone były ciemnym drewnem, szafki jaskrawoółte, a podłoga z linoleum. Szafki pomalowała osiemnascie lat wczesniej moja mama, usiłujac rozjasnic wnetrze domu. Nad niewielkim kominkiem w przylegajacym do kuchni skromnym saloniku wisiał rzad fotografii: rodzice w dniu slubu w Las Vegas, nasza trójka w szpitalu po moim narodzeniu (zdjecie autorstwa uczynnej pielegniarki) j wreszcie - liczne swiadectwa mego dorastania, a do ubiegłego roku. Kolekcja ta budziła we mnie pewne zaenowanie i planowałam namówic tate, eby ja usunał, przynajmniej do czasu mojego wyjazdu. Cały wystrój domu był wyraznym swiadectwem tego, e Charlie nadal kocha moja mame, i nie czułam sie z ta mysla najlepiej. Nie chciałam zjawic sie w szkole zbyt wczesnie, ale nie mogłam te sie spóznic. Włoyłam, wiec kurtke - miała w sobie cos z kombinezonu do usuwania odpadów radioaktywnych - i dzielnie wyszłam na deszcz. Nadal myło, choc nie dosc, ebym przemokła do suchej nitki, gdy siegałam po klucz od drzwi wejsciowych, jak zawsze schowany nieopodal pod okapem. Przekreciłam go w zamku i ruszyłam w strone auta. Denerwowały mnie cmokniecia, z jakim moje nowe wodoodporne traperki zagłebiały sie w błotnistej nawierzchni podjazdu. Brakowało mi znajomego odgłosu szurania w wirze. Nie mogłam te niestety podziwiac dłuej mojej furgonetki - spieszno mi było wydostac sie z wilgotnej mgiełki, która przylepiała sie do moich włosów mimo kaptura. We wnetrzu samochodu było sucho i przytulnie. Ktos - Billy lub Charlie - niewatpliwie tu posprzatał, ale beowa tapicerka wozu nadal lekko pachniała tytoniem, benzyna i mietowa guma do ucia. Dzieki Bogu, silnik zapalił za pierwszym razem, ale wył doprawdy przerazliwie. Có, tak sedziwe auto musiało miec jakies wady. Byłam jednak mile zaskoczona tym, e działa równie sedziwe radio. Ze znalezieniem szkoły nie miałam kłopotów, chocia nigdy w niej przedtem nie byłam. Jak wszystkie waniejsze budynki, stała przy głównej drodze. Nie wygladała zreszta na szkołe, ale upewniła mnie tablica. Moje nowe liceum składało sie z kilkunastu zbudowanych w podobnym stylu pawilonów z czerwonej cegły. Z poczatku nic byłam w stanie ocenic, ile ich własciwie jest, tyle rosło wokół drzew i krzewów. To miejsce nie miało w sobie nic z placówki wychowawczej. Gdzie ogrodzenie z siatki, pomyslałam z nostalgia, gdzie wykrywacze metalu przy wejsciu? Zaparkowałam przed pierwszym budynkiem, poniewa nad drzwiami dostrzegłam tabliczke z napisem „dyrekcja”. Nie stał tam aden inny samochód, wiec z pewnoscia parkowanie było w tym miejscu niedozwolone, ale stwierdziłam, e wole zapylac w srodku o droge na parking, ni krayc jak głupia w deszczu. Opusciwszy z niechecia rdzewiejaca szoferke, podayłam do wejscia brukowana scieka obramowana ciemnym ywopłotem. Przed drzwiami wziełam głeboki oddech. W srodku było cieplej i jasniej, ni sie spodziewałam. Podłoge pokrywała wytrzymała wykładzina w pomaranczowe ciapki, z boku stało kilka składanych krzesełek dla oczekujacych interesantów, a sciany upstrzone były trofeami i ogłoszeniami. Głosno tykał wielki zegar. Wszedzie pałetały sie rosliny w plastikowych donicach, jakby mało było zieleni na zewnatrz. Pomieszczenie przedzielał długi kontuar zastawiony przepełnionymi drucianymi koszyczkami na dokumenty, a kady koszyczek oznaczony był jaskrawa naklejka. Za jednym z trzech znajdujacych sie za lada biurek siedziała rudowłosa okularnica w fioletowym podkoszulku. Ten podkoszulek nieco zbił mnie z tropu. Kobieta podniosła wzrok. - W czym moge pomóc? - Nazywam sie Isabella Swan - oswiadczyłam. Oczy sekretarki rozbłysły - najwyrazniej doskonale wiedziała, kim jestem. Z pewnoscia byłam ju tematem plotek. Tak, tak, to ja, córka pana komendanta i jego narwanej byłej ony. - Oczywiscie, oczywiscie. - Kobieta zaczeła grzebac w przerazliwie wysokiej stercie papierzysk na swoim biurku, a wreszcie znalazła to, czego szukała. - Mam tutaj twój plan lekcji i mapke szkoły. - Z plikiem kartek w dłoni podeszła do kontuaru. Wyjasniła mi, jak przemieszczac sie w ciagu dnia z klasy do klasy, pokazujac najdogodniejsze trasy na mapce, i wreczyła arkusz, na którym miał sie podpisac kady z moich nauczycieli; musiałam go jej oddac po lekcjach. Poegnała mnie z usmiechem, podobnie jak Charlie, yczac mi powodzenia. Odwzajemniłam usmiech, majac nadzieje, e wyglada przekonujaco. Gdy wróciłam do auta, zaczeli sie ju zjedac inni uczniowie. eby trafic na parking, wystarczyło jechac za nimi. Na szczescie wiekszosc samochodów była równie sedziwa, co mój, zero szpanu. W Phoenix mieszkałam w dzielnicy Paradisc Valley, gdzie naleałysmy z mama do uboszej mniejszosci. Pod szkołami nieraz widywało sie nowiutkie mercedesy i porsche. Tu jednak najlepszym wozem było lsniace volvo i niewatpliwie sie wyróniało. Mimo wszystko, gdy tylko mogłam, wyłaczyłam ryczacy silnik, eby nie zwracac na siebie zbytniej uwagi. Zanim wysiadłam, przestudiowałam dokładnie mapke z nadzieja, e nie bede musiała pózniej obnosic sie z nia cały dzien. Wsunełam papiery do torby, zarzuciłam ja na ramie i znowu wziełam głeboki oddech. Poradzisz sobie, szepnełam do siebie bez przekonania. Nikt cie przecie nie ugryzie. Westchnełam i wyslizgnełam sie z auta. Idac w strone pełnego nastolatków chodnika, starałam sie chowac twarz w kapturze. Z ulga zauwayłam, e w zwykłej czarnej kurtce nie odstaje zbytnio od reszty. Minawszy stołówke, budynek łatwoscia zlokalizowałam budynek nr 3, w którym miałam miec pierwsza lekcje: na jego naroniku, na białym tle wymalowano wielka czarna trójke. Podeszłam do drzwi, dyszac niczym ofiara hiperwentylacji, ale postanowiłam wziac sie w garsc i weszłam do srodka sladem dwóch młodocianych osób bliej nieokreslonej pici. Klasa nie była dua. Para przede mna zatrzymała sie tu za progiem, eby powiesic kurtki na zamocowanych w scianie haczykach. Poszłam za ich przykładem. Okazało sie, e to dwie dziewczyny - blondynka o porcelanowej cerze i blada szatynka. Przynajmniej jednym nie musiałam sie wyróniac. Podeszłam do nauczyciela, eby złoył podpis na moim arkuszu. Był to wysoki, łysiejacy meczyzna, niejaki Mason, jesli wierzyc tabliczce na jego biurku. Gdy przeczytał moje nazwisko, przyjrzał mi sie uwaniej (nie było to zbyt miłe z jego strony), a ja oczywiscie spłonełam rumiencem. Dzieki Bogu, kazał mi przynajmniej usiasc w pustej ławce z tyłu klasy, nie przedstawiajac mnie najpierw wszystkim obecnym. Trudno im było gapic sie na mnie, wykrecajac głowy, ale to ich nie powstrzymywało, starałam sie, wiec nie odrywac wzroku od otrzymanej przed chwila listy lektur. Nie była zbytnio zaawansowana: Bronte, Szekspir, Chaucer*, Faulkner... Wszystko czytałam wczesniej. Było to troche pocieszajace, * Najwybitniejszy pisarz angielski epoki sredniowiecza. ale i zapowiadało nude. Zaczełam sie zastanawiac, czy mama przysłałaby mi teczke z moimi starymi wypracowaniami, czy te uznałaby to za oszustwo. Spedziłam lekcje, wymyslajac, jak potoczyłaby sie ta dyskusja, nauczyciel tymczasem tłumaczył cos monotonnym głosem. Gdy zabrzeczał dzwonek, wyrosniety pryszczaty chudzielec o kruczoczarnych włosach przechylił sie nad przejsciem miedzy ławkami, eby ze mna porozmawiac. - Isabella Swan, prawda? - Wygladał na przesadnie uczynnego chłopaka i członka koła szachowego. - Bella Swan - poprawiłam. Siedzace w pobliu osoby odwróciły sie w moim kierunku. - Gdzie masz nastepna lekcje?* - Chwilka. - Musiałam wyjac plan z torby. - WOS z Jeffersonem, w budynku nr 6. Nie wiedziałam, gdzie podziac oczy. Zewszad otaczały mnie ciekawskie spojrzenia. - Ja ide do czwórki, moge pokazac ci droge. - Tak, facet był przesadnie uczynny. - Mam na imie Eric. - Dzieki. - Usmiechnełam sie niepewnie. Włoylismy kurtki i wyszlismy na deszcz, który tymczasem wezbrał na sile. Mogłabym przysiac, e kilka osób specjalnie wlokło sie za nami, by podsłuchiwac. Miałam nadzieje, e to nie poczatki paranoi. - I co, inaczej tu ni w Phoenix, prawda? - spytał Eric. - Bardzo. - Chyba nie pada tam zbyt czesto? - Trzy, cztery razy do roku. - Kurcze, ciekawe, jak to jest. - Jest słonecznie - odparłam. - Nie jestes zbytnio opalona. - Moja mama jest w połowie albinosem. Chłopak zaczał przygladac mi sie z zaciekawieniem. Westchnełam zrezygnowana. Najwyrazniej wilgotny klimat działał destrukcyjnie na poczucie humoru. Jeszcze kilka miesiecy, pomyslałam, a zapomne, co to jest sarkazm. Obeszlismy znów stołówke i Eric odprowadził mnie pod same drzwi pawilonu koło sali gimnastycznej, chocia ten był wyraznie oznaczony. - No có, powodzenia - powiedział, gdy ju dotykałam klamki. - Moe okae sie, e mamy razem jeszcze inna lekcje. - Wydawało sie, e naprawde mu na tym zaley. Obdarzyłam go bladym usmiechem i weszłam do srodka. Reszta przedpołudnia przebiegła według podobnego schematu. Pan Verner, nauczyciel * W Stanach Zjednoczonych kady uczen ma indywidualny pian zajec, taki sani na kady dzien. trygonometrii, którego i tak bym nienawidziła ze wzgledu na sam przedmiot, był jedynym, który kazał mi wyjsc przed klase i sie przedstawic. Cos tam wyjakałam, cała czerwona, i potknełam sie o własne buty, wracajac do ławki. Po dwóch lekcjach zaczełam rozpoznawac pierwsze twarze. Zawsze te trafiał sie ktos smielszy, kto podchodził do mnie, mówił, jak ma na imie, i wypytywał o to, jak mi sie podoba w Forks. Starałam sie byc dyplomatyczna, wiec w duej mierze po prostu kłamałam. Przynajmniej nie potrzebowałam ju mapki. Pewna dziewczyna usiadła przy mnie i na trygonometrii, i na hiszpanskim, a potem poszła ze mna do stołówki na lunch. Była niziutka, przy moich 162 cm nisza ode mnie przynajmniej o głowe, ale nie rzucało sie to tak bardzo w oczy dzieki jej fryzurze - burzy skłebionych, ciemnych loków. Nie pamietałam, jak ma na imie, usmiechałam sie, wiec tylko i kiwałam głowa, przysłuchujac sie opisom lekcji i nauczycieli. Nie starałam sie za tym wszystkim nadaac. Usiadłysmy na koncu stołu pełnego jej znajomych, których rzecz jasna mi przedstawiła, ale imiona wlatywały mi jednym uchem, a wylatywały drugim. Wszyscy zdawali sie byc pod wraeniem tego, e moja towarzyszka miała odwage mnie zagadnac. Eric, chłopak poznany na angielskim, pomachał mi z drugiego konca sali. To własnie wtedy, jedzac lunch i próbujac rozmawiac z siódemka wscibskich nieznajomych, po raz pierwszy ich zobaczyłam. Siedzieli w kacie na przeciwległym krancu stołówki. Było ich piecioro. Nic rozmawiali i nie jedli, choc przed kadym stała taca nietknietego posiłku. W odrónieniu od wiekszosci uczniów nie gapili sie na mnie, mona sie, wiec było im przygladac bez obawy, e któres mnie na tym przyłapie. Ale to nic ten brak zainteresowania moja osoba mnie zaintrygował. Na pierwszy rzut oka nie byli do siebie ani troche podobni. Z trzech chłopców jeden, brunet z loczkami, był naprawde wielki - umiesniony jak zawodowy ciearowiec. Drugi, wyszy i szczuplejszy, ale te dosc napakowany, miał włosy koloru złocistego miodu. Trzeci, z rozczochrana, kasztanowa czupryna, nie imponował budowa ciała i wygladał na najmłodszego z trójki. Tamci dwaj mogliby ju chodzic do college'u albo nawet pracowac tu jako nauczyciele. Dziewczyny były swoimi przeciwienstwami. Ta wysza miała posagowa figure modelki i długie do polowy pleców, delikatnie falujace blond włosy. Wystarczyło przebywac z nia w jednym pomieszczeniu, eby stracic wiare we własne wdzieki. Ta nisza, chudziutka i słodka, uroda przypominała chochlika. Miała krótka, kruczoczarna, nastroszona fryzurke. Mimo to cała piatka wyróniała sie w podobny sposób. Wszyscy byli chorobliwie bladzi, bledsi ni jakikolwiek inny uczen z tego nieznajacego słonca miasteczka. Bledsi ni ja, potomek albinosa. Wszyscy, niezalenie od odmiennego koloru włosów, mieli take bardzo ciemne oczy, a pod oczami głebokie cienie - sine, niemal fioletowe. Jakby zarwali noc albo dochodzili do siebie po złamaniu nosa. Tyle, e ich nosy i w ogóle rysy twarzy były idealne, bez jednej skazy. Ale to jeszcze nic wszystko. Nie mogłam oderwac wzroku od tej dziwnej grupy, poniewa ich twarze, tak odmienne, a tak do siebie podobne, były poraajaco, nieludzko wrecz piekne. Takich twarzy nie spotyka sie w rzeczywistym swiecie, co najwyej na wygładzanych komputerowo fotografiach w czasopismach o modzie lub na obrazach starych mistrzów, gdzie nalea do aniołów. Trudno było zdecydowac, które z piatki jest najpiekniejsze - moe jasnowłosa pieknosc albo chłopak o kasztanowych włosach? Unikali wzroku innych uczniów, a i wzroku swoich kompanów, ich spojrzenia zdawały sie przeslizgiwac po otoczeniu bez cienia zainteresowania. Nisza z dziewczyn wstała własnie i podniosła ze stołu tace - nawet nie otworzyła butelki z napojem ani nie nadgryzła jabłka - i odeszła z gracja spacerujacej po wybiegu modelki. Przypatrywałam sie oczarowana jej krokom godnym baletnicy, póki nie odstawiła tacy, by zniknac za tylnymi drzwiami, co uczyniła szybciej, ni to sie wydawało moliwe. Zerknełam na pozostała czwórke, ale siedzieli nieporuszeni. - Co to za jedni, u licha? - zapytałam dziewczyne poznana na hiszpanskim, której imie wyleciało mi z głowy. Kiedy podniosła głowe, eby zobaczyc, o kogo chodzi - chocia wywnioskowała to ju prawdopodobnie z tonu mojego głosu. - Jeden z tamtych chłopaków, ten szczupły i chyba najmłodszy, spojrzał na nia znienacka. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, potem zas przeniósł wzrok na mnie. Odwrócił sie w okamgnieniu, szybciej ni ja sama, choc zawstydzona natychmiast spusciłam oczy. Jego twarz, widoczna przez chwile w pełnej krasie, nie zdradzała adnych emocji - jakby zareagował odruchowo, bo ktos wymienił głosno jego imie, i zorientował sie w pore, e nie musi odpowiadac. Moja sasiadka przy stoliku zachichotała zaenowana, rzucajac w strone grupki ukradkowe spojrzenie. - To Edward i Emmett Cullenowie - wyszeptała - z Rosalie Hale i Jasperem Hale. Ta, która wyszła, to Alice Cullen. Wszyscy mieszkaja u doktora Cullena i jego ony. Zerknełam w strone niesamowitej czwórki. Chłopak z kasztanowa czupryna wpatrywał sie teraz w swoja tace, rozrywajac na drobne kawałki obwarzanek. Miał bardzo długie i blade palce. Poruszał przy tym niezwykle szybko ustami, choc jego idealne wargi były ledwie rozchylone. Pozostała trójka nadal nic patrzyła w jego kierunku, ale, nie wiedziec, czemu, byłam przekonana, e chłopak cos do nich mówi. Dziwne imiona, pomyslałam, rzadko spotykane. Chyba, e w pokoleniu naszych dziadków. Ale kto wie, moe taka tu jest moda? Moe to małomiasteczkowe imiona? Przypomniało mi sie w koncu, e moja sasiadka ma na imie Jessica. Przynajmniej to imie było zupełnie normalne. W Phoenix dwie Jessiki chodziły ze mna na historie. - Całkiem fajni ci faceci - powiedziałam. Było oczywiste, e to niedopowiedzenie. - O tak! - Jessica ponownie zachichotała. - Tyle, e wszyscy sa sparowani. No wiesz, Emmet chodzi z Rosalie, a Jasper z Alice. I mieszkaja razem - podkresliła. W jej glosie wyczułam prowincjonalne zgorszenie. Ale, jesli miałam byc szczera, podobny układ i w Phoenix byłby tematem plotek. - Którzy to bracia Cullenowie? - spytałam. - Nic wygladaja na spokrewnionych. - Bo i nie sa. Doktor Cullen to jeszcze miody facet, ma góra trzydziesci pare lat. Cala piatka jest adoptowana. Ale Hale'owic, ci blondyni, to brat i siostra - bliznieta. - Takich starych to sie chyba nie adoptuje, prawda? - Pani Cullen przygarneła Jaspera i Rosalie, gdy mieli osiem lat. Teraz maja osiemnascie. To chyba ich ciotka czy cos. - Miło z ich strony. No wiesz, e zaopiekowali sie tymi wszystkimi dziecmi, i to w młodym wieku. - Pewnie tak - przyznała Jessica niechetnie, co wzbudziło moje podejrzenia, e z jakiegos powodu nie przepada za doktorem Cullenem i jego ona. Sadzac ze spojrzen, jakie rzucała w strone adoptowanej gromadki, powodem tym była zwykła zazdrosc. - Mysle, e pani Cullen nie moe miec dzieci - dodała, jakby miało to umniejszyc szczodrosc tej pary. Co jakis czas w ciagu tej rozmowy zerkałam w strone stołu dziwnego rodzenstwa. Nadal wpatrywali sie półprzytomnie w sciany i nic nie jedli. - Ta rodzina to od dawna mieszka w Forks? - zapytałam. Powinnam ich była przecie zauwayc któregos lata. - Nie - odparła Jessica nieco zdziwiona, jakby nawet dla osoby nowo przybyłej powinno byc to oczywiste. - Sprowadzili sie tu dwa lata temu z jakiejs miejscowosci na Alasce. Wiadomosc te przyjełam z ulga. Nie byłam jedynym cudakiem z innego stanu i z pewnoscia nie wyróniałam sie tak wygladem czy zachowaniem. Zrobiło mi sie ich nawet troche al, e mimo urody sa nic do konca akceptowanymi outsiderami. Gdy tak sie im przygladałam, najmłodszy chłopak, a wiec jeden z Cullenów, podniósł głowe i nasze oczy sie spotkały. Tym razem jego mina niewatpliwie zdradzała zainteresowanie. Odwróciłam wzrok, ale miałam wraenie, e spodziewał sie po mnie jakiejs innej reakcji. - Ten z rudawymi włosami, to, który? - spytałam. Katem oka widziałam, e nadal na mnie patrzy, ale nie gapi sie nachalnie tak jak inni wczesniej. Wydawał sie czyms odrobine zmartwiony. Po raz kolejny spusciłam oczy. - To Edward. Wiem, wyglada zabójczo, ale nie zawracaj nim sobie głowy. Nie chodzi na randki. Najwyrazniej - achneła sie, rozalona - adna z miejscowych dziewczyn nie jest dla niego dostatecznie ładna. Zaczełam sie zastanawiac, kiedy mógł odrzucic jej zaloty, i musiałam przygryzc warge, eby ukryc usmiech. Edward siedział teraz odwrócony do nas bokiem, ale wydawało mi sie, e ma uniesiony policzek, jakby te sie własnie usmiechał. Po kilku minutach cała czwórka sie oddaliła. Podobnie jak Alice, poruszali sie z niezwykła gracja - nawet ten z miesniami ciearowca. Trudno było patrzec na to spokojnie. Edward ju wiecej na mnie nic zerkał. Siedziałam w stołówce z Jessica i jej znajomymi dłuej, ni gdybym była sama, nie chciałam jednak spóznic sie pierwszego dnia na adna lekcje. W koncu okazało sie, e jedna z moich nowych znajomych, która inteligentnie przypomniała mi, e ma na imie Angela, chodzi ze mna na biologie, wiec poszłysmy razem. Nic rozmawiałysmy po drodze - ona te była niesmiała. Kiedy weszłysmy do klasy, Angela usiadła przy jednym ze stołów laboratoryjnych z czarnym blatem, takich samych jak w mojej szkole w Phoenix. Niestety, miała ju sasiadke. Własciwie to wszystkie miejsca były zajete z wyjatkiem jednego na srodku - koło Edwarda Cullena, którego rozpoznałam po oryginalnym kolorze włosów. Podchodzac do biurka nauczyciela, eby sie przedstawic i poprosic o podpisanie arkusza, przygladałam sie chłopakowi ukradkiem. Kiedy go mijałam, cały zesztywniał i, co dziwne, rzucił mi rozwscieczone spojrzenie. Zaszokowana natychmiast odwróciłam wzrok i oblałam sie rumiencem. Potknełam sie o jakas ksiake i musiałam sie podeprzec o stół, eby nie upasc. Siedzaca przy nim dziewczyna zachichotała. Zauwayłam, e oczy Edwarda były czarne jak wegiel. Pan Banner podpisał mój arkusz i wydal mi podrecznik, nie zaprzatajac sobie głowy jakims idiotycznym przedstawianiem mnie klasie. Poczułam, e bedzie nam sie dobrze współpracowac. Oczywiscie, nie majac wyboru, musiał poprosic mnie, ebym usiadła koło Cullena. Nie wiedzac, co myslec o wrogiej reakcji chłopaka, starałam sie wcale na niego nie patrzec. Połoyłam swój podrecznik na stole i zajełam miejsce. Zauwayłam przy tym katem oka, e mój sasiad zmienił w tym czasie pozycje. Odsunał sie, jak mógł najdalej, niemal ju spadał z krzesła i odwrócił twarz, jakbym wydzielała jakas niemiła won. Dyskretnie powachałam swoje włosy, ale czułam tylko ulubiony szampon o zapachu truskawek. Trudno było uwierzyc, e kogos to odrzuca. Odgarnełam włosy na prawe ramie, tak, eby w jakis sposób nas oddzielały, i starałam sie skupic na tym, co mówił nauczyciel. Niestety, lekcja dotyczyła budowy komórki, która ju znałam. Mimo to robiłam staranne notatki. Nie mogłam sie powstrzymac i od czasu do czasu zerkałam na Edwarda zza kurtyny włosów. Przez cała godzine sie nie rozluznił i nadal siedział na samym skraju ławki. Zauwayłam, e lewa dłon oparł na udzie i zacisnał w piesc tak mocno, e widac było sciegna. Tego uscisku take nie rozluznił. Miał na sobie biała bluze z długimi rekawami, ale te podwinał do łokci. Jego rece okazały sie z bliska zaskakujaco mocne i muskularne. Wziełam go wczesniej za chucherko pewnie, dlatego, e siedział koło brata - ciearowca. Lekcja zdawała sie dłusza ni inne. Moe byłam ju troche zmeczona, a moe czekałam na to, a chłopak wreszcie rozluzni dłon? Jak długo mógł ja tak sciskac? Do tego siedział całkiem nieruchomo i chyba wcale nie oddychał. O co chodziło? Zawsze sie tak zachowywał, czy jak? Zaczełam dochodzic do wniosku, e zle oceniłam Jessice. Moe jej niechec nie wynikała ani z zazdrosci, ani z odrzucenia? To nie mogło miec ze mna nic wspólnego. Ten facet widział mnie pierwszy raz w yciu. Po raz kolejny zerknełam w jego strone i natychmiast tego poałowałam. Znów na mnie patrzył, a jego czarne oczy pełne były obrzydzenia. Cala sie skurczyłam, a do głowy przyszło mi wyraenie „gdyby spojrzenia mogły zabijac”. W tym samym momencie zabrzeczał dzwonek i a podskoczyłam na krzesle. Edward Cullen zerwał sie z miejsca kocim ruchem, cały czas odwrócony do mnie plecami - okazało sie, e jest o wiele wyszy, ni mi sie wczesniej wydawało - i wypadł na dwór, zanim ktokolwiek inny w klasie zdaył chocby wstac. Siedziałam sparaliowana, wpatrujac sie półprzytomnie w drzwi, za którymi zniknał. Co to za psychopata? To nie było fair. Zaczełam powoli pakowac swoje rzeczy. Starałam sie pohamowac przy tym narastajacy we mnie gniew, bałam sie, bowiem, e z oczu pociekna mi zaraz łzy. Nie wiedziec, czemu, jedno z drugim było u mnie powiazane. To enujace, ale czesto płakałam ze zdenerwowania. - Jestes Isabella Swan, prawda? - zapytał meski głos. Podniosłam wzrok. Koło mnie stal sliczny chłopak o słodkiej twarzy elfa i jasnych włosach pozlepianych elem w pedantycznie rozmieszczone kolce. Ten tu z pewnoscia nie uwaał, e smierdze. - Bella Swan - uscisliłam z usmiechem. - Mike. - Czesc, Mike. - Moe pomóc ci znalezc nastepna sale? - Ide do sali gimnastycznej, wiec raczej nie powinnam miec kłopotów z trafieniem. - O, ja te mam WF. - Wydawał sie tym zbiegiem okolicznosci podekscytowany, choc w lak malej szkole nie było to przecie nic takiego. Poszlismy razem. Gadał jak najety, za co własciwie byłam mu wdzieczna. Do dziesiatego roku ycia mieszkał w Kalifornii, wiec wiedział, jak musi mi brakowac słonca. Dowiedziałam sie, e chodzi te ze mna na angielski. Był najsympatyczniejsza osoba, jaka poznałam tu do tej pory. Ale gdy wchodzilismy ju do szatni, spytał: - Co to było z Edwardem Cullenem? Dzgnełas go ołówkiem, czy co? Zachowywał sie jak wariat. Wzdrygnełam sie. A wiec nie tylko ja to zauwayłam. A jego reakcja odbiegała od normy. Postanowiłam udac, e nie wiem, o co chodzi. - To ten, obok którego siedziałam na biologii? - Zgadza sie. Wygladał, jakby go cos bolało, czy co. - Hm... Nawet sie do niego nie odezwałam. - To dziwny gosc. - Mike zatrzymał sie na chwile, zamiast isc do swojej szatni. - Gdybym to ja miał fuksa siedziec koło ciebie, na pewno bym cie zagadnał. Poegnałam go usmiechem. Był miły i bez watpienia mu sie spodobałam, ale na Cullena nadal byłam wsciekła. Nauczyciel WF - u, pan Clapp, uswiadomił mnie, e w tym stanie jego przedmiot jest obowiazkowy w kadej klasie liceum. W Arizonie wystarczyło zaliczyc dwa lata. Pobyt w Forks miał byc najwyrazniej moja droga krzyowa. Trener znalazł dla mnie strój w odpowiednim rozmiarze, ale dzieki Bogu nie kazał mi sie przebrac. Przygladałam sie, wiec tylko czterem meczom siatkówki rozgrywanym jednoczesnie, wspominajac, ile to razy odniosłam obraenia - i ilu innych zawodników uszkodziłam - uprawiajac te urocza dyscypline. Na sama mysl o niej zbierało mi sie na wymioty. W koncu doczekałam sie dzwonka i poczłapałam do sekretariatu oddac arkusz z podpisami. Nie padało ju, ale przybrał na sile chłodny wiatr. Objełam sie rekoma. Wszedłszy do przytulnego biura, zbaraniałam i zapragnełam natychmiast sie wycofac. Przy kontuarze stał nie, kto inny, jak Edward Cullen. Rozpoznałam go po rozczochranych miedzianych włosach. Na szczescie nie zwrócił uwagi na to, e do pomieszczenia weszła nowa osoba. Przycisnełam sie do sciany, czekajac na swoja kolej. Chłopak wykłócał sie o cos z sekretarka. Miał niski, pociagajacy głos. Z zasłyszanych strzepków szybko zorientowałam sie, w czym rzecz. Usiłował zmienic swój plan lekcji tak, aby chodzic z inna grupa na biologie. Trudno mi było uwierzyc, e to wszystko przeze mnie. Musiała istniec jakas inna przyczyna, cos wydarzyło sie w sali od biologii zanim do niej weszłam. To, dlatego, a nie przeze mnie, był taki wzburzony. Przecie nie mógł, ot tak, zapałac do mnie nienawiscia. Ktos otworzył drzwi i podmuch zimnego wiatru, który wpadł do sekretariatu, przekartkował dokumenty i pozostawił moje włosy w nieładzie. Nowo przybyła odłoyła tylko kartke do jednego z koszyczków i zaraz wyszła, ale Edward Cullen zesztywniał. Obrócił sie powoli i nasze oczy sie spotkały. Jego twarz nadal była piekna - zwaywszy na sytuacje, absurdalnie piekna - ale wzrok miał przepełniony mieszanina agresji i wstretu. Przez chwile bałam sie, e sie na mnie rzuci. Ciarki przebiegły mi po plecach. Spojrzenie chłopaka zmroziło mnie bardziej ni szalejaca za oknami wichura. Wszystko to trwało tylko kilka sekund. - Trudno - powiedział do sekretarki aksamitnym głosem, od wróciwszy sie do mnie na powrót plecami. - Widze, e rzeczywiscie nic nie da sie zrobic. Dziekuje za fatyge. - I wyszedł, nie patrzac w moja strone. Podeszłam do kontuaru na miekkich nogach i podałam kobiecie arkusz z podpisami. Twarz musiałam miec biała jak przescieradło. - I jak ci minał pierwszy dzien, złotko? - spytała sekretarka opiekunczym tonem. - Dobrze - skłamałam słabym głosem, Nie wygladała na przekonana. Kiedy wsiadałam do samochodu, parking był ju niemal zupełnie pusty*. Za kierownica poczułam ulge. Zdayłam sie ju przywiazac do swojej furgonetki, była dla mnie namiastka domu w tej zarosnietej krzakami dziurze. Siedziałam tak przez jakis czas pogra ona w myslach, ale wkrótce w szoferce zrobiło sie chłodno, wiec odpaliłam silnik. Cała droge powrotna walczyłam z cisnacymi sie do oczu łzami. * W Stanach Zjednoczonych wszyscy uczniowie zaczynaja i koncza lekcje o tej samej godzinie. |
||||||