Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
4 ZAPROSZENIA

Mój avatar

archiwum

    2012
    Marzec
    Luty
    2011
    Grudzień
    Listopad
    Październik
    Wrzesień
    Czerwiec
    Maj
    Marzec
    Styczeń
    2010
    Listopad
    Październik
    Wrzesień
    Sierpień
    Czerwiec
    Maj
    Kwiecień
    Marzec
    Styczeń
    2009
    Grudzień
    Listopad
    Październik
    Wrzesień
    Lipiec
    Czerwiec
    Maj
    Kwiecień
    Marzec
    Luty
    Styczeń
    2008
    Grudzień
    Listopad
    Wrzesień
    Sierpień
    Lipiec
    Czerwiec
    Maj
    Kwiecień
    Marzec
    Luty
    Styczeń
    2007
    Grudzień
    Listopad
    Październik
    Wrzesień
    Sierpień
    Lipiec
    Czerwiec
    Maj
    Kwiecień
    Marzec
    Luty
    Styczeń
    2006
    Grudzień
    Listopad
    Październik
    Wrzesień
    Sierpień

linki

    inne
    mój fotosik
    Śpiewające konie
    JAK NALEŻ ZACHOWAĆ SIĘ NA DRODZE czyli nauka jazdy
    Piasek by Dydzio
    SABAT - FIRESHOW
    znajomi
    Agusa :)
    Dorota :)

ulubieni





Licznik odwiedzin

Zajrzało tutaj już 56566 osób

Powered by blog 4u

Kocham wiec istnieje, oto mój koniec i początek..

Delikatna jak płatki róży, ostra jak jej kolce, o oczach jak jej liście ustach słodkich jak kwiatu róży sok wczytaj się w pieśni słowa i pokochaj...

******

Ja... jestem jaka jestem...
Zagubiona w tym świecie pełnym cierpienia,
miłości, namiętności i wszystkich innych uczuć dzięki, którym wiem, że żyje.
Nie jestem mała dziewczynką,
ale nie czuje się jeszcze kobietą.
Nikt nie wie jaka jestem naprawde,
nawet ja sama...
Jaka jestem?
...

menu

  1. Strona Główna
  2. Dodaj do Ulubionych

księga gości

  1. Ksiega Gości
  2. Dodaj do Księgi

4 ZAPROSZENIA

4 ZAPROSZENIA
W moim snie było bardzo ciemno, a jedynym zródłem bladego swiatła wydawała sie
skóra Edwarda. Nie widziałam jego twarzy tylko plecy. Odchodził, pozostawiajac mnie sama
w ciemnosciach. Choc biegłam ile sił w nogach, nie byłam w sianie go dogonic; choc głosno
krzyczałam, ani razu sie nie obrócił. Obudziłam sie w srodku nocy zlana potem i długo,
przynajmniej tak mi sie wydawało, nie mogłam zasnac. Odtad snił mi sie kadej nocy, ale
zawsze gdzies z boku, niedostepny.
Pierwszy miesiac po wypadku był dla mnie trudny, pełen napiecia, a pierwszy tydzien
niezwykle krepujacy.
Ku mojej konsternacji, po powrocie do szkoły znalazłam sie w centrum uwagi. Tyler
Crowley, ogarniety obsesja zadoscuczynienia, nie dawał mi spokoju. Próbowałam go
przekonac, e niczego tak bardzo nie pragne, jak wymazania całej tej sprawy z pamieci -
zwłaszcza, e z wypadku wyszłam bez szwanku, - ale uporczywie obstawał przy swoim. Na
przerwach nie odstepował mnie ani na krok i dosiadł sie do naszego stołu w stołówce, przy
którym widywałam teraz zreszta wiele nowych twarzy. Mike i Eric darzyli go nawet wieksza
niechecia ni siebie nawzajem, co jeszcze bardziej psuło mi humor. Nikt nie zawracał sobie
głowy Edwardem, chocia powtarzałam wcia, e uratował mi ycie - odepchnał na bok, a
potem sam cudem uniknał staranowania. Starałam sie, eby moja historyjka brzmiała
przekonujaco, ale Mike, Eric, Jessica i wszyscy inni twierdzili, e nie wiedzieli nawet, e jest
ze mna, dopóki nie odciagnieto vana.
Zastanawiałam sie, dlaczego nikt nie zauwaył, e chłopak stał te kilka aut dalej i nie
miał szans dobiec do mnie w pore. W koncu doszłam do wniosku, e powód moe byc prosty
- po prostu nikt prócz mnie nie sledził bez przerwy Cullena wzrokiem, nie przejmował sie,
czy jest w pobliu. Byłam doprawdy ałosna.
Uczniowie unikali Edwarda jak zwykle i nikt ciekawski jakos nie namawiał go do
zwierzen. Tajemnicza piatka siadywała tam, gdzie zawsze: nie jedli lunchu, rozmawiali tylko
ze soba i adne z rodzenstwa, a zwłaszcza mój wybawca, ani razu nie zerkneło w moja strone.
Na lekcji biologii, siedzac najdalej jak to było moliwe, Edward całkowicie ignorował
moja osobe. Od czasu do czasu zaciskał jednak znienacka dłonie w piesci - a bielały mu
kłykcie - co pozwalało mi sadzic, e ta nonszalancka poza to tylko pozory i chłopak ywi
wobec mnie jakies negatywne uczucia.
Zapewne ałował, e wypchnał mnie spod kół vana Tylera - adne inne wyjasnienie
nie przychodziło mi do głowy.
Bardzo pragnełam z nim porozmawiac i próbowałam go zagadnac ju dzien po
wypadku. Wprawdzie, kiedy widzielismy sie po raz ostatni, pod drzwiami urazówki, oboje
bylismy wyjatkowo rozwscieczeni i nadal miałam do niego al, e nie chce mi zaufac,
chocia przecie zgodnie z nasza umowa podtrzymywałam jego wersje, niemniej, niezalenie
od tego, jak to zrobił, facet niewatpliwie uratował mi ycie. Przez noc gniew zelał i czułam
sie teraz przede wszystkim bardzo wdzieczna.
Kiedy zjawiłam sie w sali od biologii, tkwił ju w ławce, patrzac prosto przed siebie.
Siadajac, spodziewałam sie, e spojrzy w moja strone, ale zdawał sie mnie nie zauwaac.
- Czesc, Edward - powiedziałam z sympatia w glosie, aby pokazac mu, e nie mam
zamiaru robic scen.
Odwrócił sie moe o milimetr, skinał głowa, unikajac mojego wzroku, i powrócił do
poprzedniej pozycji.
Wtedy to po raz ostatni udało mi sie nawiazac z nim jakikolwiek kontakt, choc
przecie widywalismy sie codziennie i dzielilismy jedna ławke. Nie mogac sie powstrzymac,
przygladałam mu sie czasami, ale tylko z daleka - w stołówce albo na parkingu. Zauwayłam
przy okazji, e jego złote oczy z dnia na dzien robia sie znów coraz ciemniejsze. W klasie
ignorowałam go jednak tak samo, jak on mnie.
- Złe znosiłam te sytuacje. A co noc wracały sny.
Mimo naszpikowanych kłamstwami maili, Renee wyczula mój i depresyjny nastrój i
zmartwiona kilkakrotnie zadzwoniła. Starałam sie przekonac ja, e to tylko wina pogody.
Przynajmniej Mike był zadowolony z zaistniałej sytuacji. Z poczatku martwił sie, e
bohaterski czyn Edwarda mógł mi zaimponowac i zbliyc do niego, odetchnał, wiec z ulga,
widzac, e jest wrecz odwrotnie. Zrobił sie bardziej smiały i przed lekcja biologii
przesiadywał na brzegu mojej ławki, ignorujac Cullena, tak jak on ignorował nas.
Po owym dniu groznej gołoledzi snieg zniknał na dobre. Mój wierny towarzysz
ałował, e nie bedzie miał ju okazji zorganizowac bitwy na snieki, ale i cieszył sie, bo
pogoda miała sprzyjac planowanej wycieczce nad morze. Na razie czekalismy na słoneczny
weekend. W deszczu mijały kolejne tygodnie.
Jessica uswiadomiła mi, e zblia sie te inny termin. W pierwszy wtorek marca
zadzwoniła z pytaniem, czy nie miałabym nic przeciwko, gdyby zaprosiła Mike'a na bal z
okazji powitania wiosny, który miał sie odbyc za dwa tygodnie. Zgodnie z tradycja to
dziewczeta wybierały, z kim chciałyby isc.
- Jestes pewna, e moge? Moe miałas go na oku? - drayła, chocia powiedziałam
wyraznie, e daje jej wolna reke.
- Nie, Jess. W ogóle sie tam nie wybieram. - była skora przekonac mnie do przyjscia.
Odnosiłam wraenie, e woli raczej odcinac kupony od mojej popularnosci, ni znosic me
towarzystwo.
- Bawcie sie dobrze - zakonczyłam zachecajaco.
Nastepnego dnia zauwayłam, e jest wyraznie przybita. Na przerwach milczała i
bałam sie spytac ja, co jest grane. Jesli Mike dal jej kosza, z pewnoscia byłam ostatnia osoba,
której chciałaby sie zwierzac.
Moje podejrzenia pogłebiły sie w czasie lunchu, kiedy usiadła tak daleko od niego, jak
to było moliwe, zajeta oywiona rozmowa z Prikiem. Mike z kolei, po raz pierwszy odkad
sie poznalismy milczał jak zaklety.
Idac ze mna na biologie, nadal nie był rozmowny, a jego zmartwiona mina nie wróyła
nic dobrego. Nic poruszył jednak tematu balu dopóki nie znalezlismy sie w klasie, gdzie jak
zwykle przysiadł na skraju mojej ławki. Jesli chodzi o sasiada, nie musiałam nawet na niego
patrzec, eby czuc jego elektryzujaca obecnosc. Był na wyciagniecie reki, a mimo to
niedostepny niczym wytwór mojej wyobrazni.
- Wiesz - zaczał Mike, wpatrujac sie w podłoge - Jessica zaprosiła mnie na te impreze
za dwa tygodnie.
- Swietnie - odparłam, niby to wielce ucieszona. - Na pewno bedziecie sie dobrze
bawic.
Zasepił sie.
- Widzisz... - nic wiedział, jak mi to powiedziec. - Poprosiłem ja o troche czasu do
namysłu.
- A to, dlaczego? - udałam dezaprobate, choc w głebi ducha ucieszyłam sie, e nie
postapił brutalniej.
Znów wbił wzrok w podłoge i sie zarumienił. al zmiekczył mi serce. Moe go jednak
zaprosic?
- Myslałem, e moe, no wiesz, moe, moe ty chciałas...
Przez chwile dałam sie poniesc wyrzutom sumienia, ale katem oka zauwayłam, e
Edward przechylił głowe, jakby czekał na moja odpowiedz.
- Mike, sadze, e powinienes przyjac tamto zaproszenie.
- Ju z kims idziesz? - Czy Edward dostrzegł, e Mike zerknał z niepokojem w jego
strone?
- Nie, skad. Nawet sie nie wybieram.
- Czemu nie? - chciał wiedziec Mike.
Nie miałam ochoty przyznac, e tanczac, stanowie zagroenie dla siebie i innych, wiec
szybko wpadłam na pewien pomysł.
- Jade w ten dzien do Scattle - wyjasniłam. Ju od dawna chciałam sie stad wyrwac, a
teraz zyskałam dobry pretekst.
- Nie moesz pojechac, kiedy indziej?
- Niestety nie - powiedziałam. - Nie trzymaj Jess dłuej w niepewnosci, nie wypada.
- Tak, masz racje - wymamrotał i odrzucony powlókł sie na swoje miejsce.
Zacisnełam powieki i przytknełam palce do skroni starajac sie wyprzec współczucie i wyrzuty
sumienia. Pan Banner zaczał cos mówic. Westchnełam i postanowiłam wrócic do ycia.
Och.
Edward przygladał mi sie uwanie, a w jego czarnych oczach malowało sie jeszcze
wieksze zmartwienie ni kiedys.
Zaskoczona nie odwróciłam wzroku, przekonana, e zaraz sam to zrobi. Patrzył jednak
dalej, zagladał w zakamarki duszy, hipnotyzował. Nie mogłam sie ruszyc. Zaczety mi drec
dłonie.
- Cullen? - To nauczyciel prosił go o udzielenie odpowiedzi na jakies pytanie, którego
nawet nie usłyszałam.
- Cykl Krebsa - rzucił Edward, niechetnie, jak mi sie zdawało, przenoszac wzrok na
pana Bannera.
Uwolniona z pet jego magnetycznego spojrzenia, natychmiast zajrzałam do
podrecznika, chcac znalezc odpowiedni fragment. Tchórzliwa jak zawsze, zgarnełam włosy
na prawe ramie, eby przesłonic twarz. Nie mogłam uwierzyc, e był w stanie a tak
wyprowadzic mnie z równowagi - tylko, dlatego, e spojrzał na mnie po raz pierwszy od
szesciu tygodni. Nie mogłam pozwolic na to, by miał nade mna tak wielka władze. Było to
ałosne, wiecej, było to niezdrowe.
Przez reszte lekcji próbowałam wmówic sobie, e go tam wcale nie ma, a dokładniej,
poniewa było to niemoliwe, przynajmniej udawac przed nim, e jesli o mnie chodzi, to go
tam wcale nie ma. Kiedy w koncu zabrzeczał dzwonek, zaczełam sie pakowac odwrócona do
swojego sasiada plecami, spodziewajac sie, e wyjdzie z klasy pierwszy, jak to miał w
zwyczaju.
- Bello? - Byłam na siebie zła, e ten głos budzi we mnie takie uczucie, jakbym znała
go od dziecinstwa, a nie zaledwie od paru tygodni.
Obróciłam sie powoli, niechetnie. Miałam sie na bacznosci, Wiedziałam, e i jego
twarz wzbudzi we mnie emocje, z których byłam dumna. Spojrzałam mu w oczy. Milczał, a
jego mina nie zdradzała, jakie ma zamiary.
- Co? - powiedziałam w koncu. - Nagle chce ci sie ze mna gadac? - W moim głosie
dało sie wyczuc niezamierzona nute rozdranienia.
Jego wargi zadrgały, ale sie nie usmiechnał.
- Nie, nie za bardzo - przyznał.
Zacisnełam powieki i zaczełam oddychac powoli przez nos, swiadoma tego, e niemal
zgrzytam zebami ze złosci. Edward nadal czekał na jakas reakcje z mojej strony.
- No to, o co ci chodzi? - warknełam, nie otwierajac oczu. Tylko w ten sposób byłam
w stanie sie kontrolowac.
- Wybacz mi. - O dziwo, zabrzmiało to szczerze. - Wiem, e moje zachowanie jest
karygodne. Ale, uwierz, to najlepsze rozwiazanie.
Otworzyłam oczy. Miał bardzo powany wyraz twarzy.
- Nie rozumiem. O co chodzi? - spytałam, zachowujac spokój.
- Lepiej bedzie, jesli nie bedziemy utrzymywac ze soba bliszych kontaktów -
wyjasnił. - Zaufaj mi.
Skrzywiłam sie. Stara spiewka.
- Szkoda tylko, e dopiero teraz na to wpadłes - wycedziłam. - Nie miałbys
przynajmniej, czego ałowac.
- Co takiego? - Wzmianka o alu i zjadliwym tonem najwyrazniej zbiłam go z
pantałyku. - Czego ałowac?
- Ze cie poniosło i wypchnałes mnie spod kół samochodu.
Moje przypuszczenie go zaszokowało. Patrzył na mnie z nie dowierzaniem.
Gdy w koncu sie odezwał, słychac było, e traci cierpliwosc.
- Myslisz, e ałuje uratowania ci ycia? - Ba, jestem o tym przekonana.
- Wydajesz osad w sprawie, o której nie masz najmniejszego pojecia - stwierdził
wsciekły.
Odwróciłam gwałtownie głowe, z trudem powstrzymujac przed wykrzyczeniem mu w
twarz wszystkich oskaren, jakie miałam w zanadrzu. Zebrałam z blatu swoje rzeczy,
zerwałam sie i ruszyłam w strone wyjscia. Zamierzałam wyjsc z gracja godna tej
dramatycznej sceny, ale oczywiscie zaczepiłam butem o framuge i ksiaki rozsypały mi sie po
podłodze. Przez chwile zastanawiałam sie, czy ich tam nie zostawic. W koncu westchnełam i
zabrałam sie do zbierania, ale nim zdayłam sie schylic, Edward mnie wyreczył. W jego
oczach nie było widac jednak cienia sympatii.
- Dziekuje - powiedziałam chłodno. Spojrzał na mnie z niechecia.
- Nie ma, za co.
Ponownie odwróciłam sie do niego plecami i odeszłam szybko do sali gimnastycznej,
nic ogladajac sie za siebie.
WF był koszmarny. Przeszlismy do koszykówki. Członkowie mojej druyny, dzieki
Bogu, nigdy nie podawali mi piłki, ale czesto sie przewracałam, nieraz pociagajac za soba
innych. A dzis szło mi jeszcze gorzej ni zwykle, bo głowe miałam pełna Edwarda.
Próbowałam koncentrowac sie na swoich stopach, ale w najwaniejszych momentach gry
znów wkradał sie do moich mysli.
Jak zwykle odetchnełam z ulga, gdy mogłam wreszcie pojechac do domu. Niemal
dobiegłam do furgonetki - w szkole roiło sie od łudzi, których wolałam unikac. Moje auto
wyszło z wypadku prawie bez szwanku - musiałam tylko wymienic tylne swiatła, lakier i tak
wszedzie odłaził. Tymczasem rodzice Tylera sprzedali swój wóz na czesci.
Gdy wyszłam zza rogu i zobaczyłam, e ktos wysoki czeka na mnie przy
samochodzie, stanełam jak wryta. Mało brakowało, ebym dostała zawału. Po chwili
zorientowałam sie jednak, e to tylko Eric, i uspokojona podeszłam bliej.
- Czesc.
- Czesc, Bella.
- Jak tam lekcje? - spytałam bez wiekszego zainteresowania, otwierajac drzwiczki. Nie
zwróciłam uwagi na to, e jest nieco zakłopotany, wiec zupełnie zaskoczył mnie swoim
pytaniem.
- Zastanawiałem sie, czy, no, czy nie poszłabys ze mna na ten bal na powitanie
wiosny. - Z trudem dobrnał do konca.
- Myslałam, e to dziewczyny wybieraja. - Z wraenia zapomniałam o dyplomacji.
- No, własciwie to tak - przyznał zawstydzony.
Doszłam ju do siebie i zdobyłam sie na ciepły usmiech. - To bardzo miło z twojej
strony, ale akurat w te sobote jade do Scattle.
- Ach. No có, moe innym razem.
- Tak, innym razem. - Miałam nadzieje, e nie potraktuje tego jak obietnice.
Odszedł przygarbiony w kierunku szkoły. Ktos prychnał.
Edward mijał własnie moja furgonetke, patrzac prosto przed siebie, z zacisnietymi
ustami. Otworzyłam pospiesznie drzwiczki szoferki, wskoczyłam do srodka i zatrzasnełam je
z hukiem za soba. Zmuszajac silnik do wycia, wycofałam gwałtownie i byłam ju gotowa
ruszyc w strone szosy, gdy na drodze stanał mi samochód Cullena, który take dopiero, co
opuscił parking. Jego kierowca wyłaczył silnik i najwyrazniej zamierzał poczekac na
rodzenstwo - widziałam, jak sie zbliaja, ale byli jeszcze daleko. Miałam ochote staranowac
tył jego lsniacego volvo, ale doszłam do wniosku, e jest za duo swiadków. Zerknełam w
lusterko. Zaczynała formowac sie kolejka - Tu za mna, w kupionej niedawno uywanej
Sentrze, siedział Tyler Crowley. Pomachał mi przyjaznie, ale byłam zbyt zdenerwowana, by
bawic sie w uprzejmosci. Wbiłam wzrok w jakis kat, byle tylko nie widziec obu chłopaków.
Nagle ktos zapukał w szybe po mojej lewej stronic. Był to Tyler - Zdziwiona
sprawdziłam w lusterku, e słuch mnie nie myli - nie wyłaczył nawet silnika, a drzwiczki
zostawił otwarte na oscie.
Chwyciłam korbke i z wielkim trudem otworzyłam okno tylko do połowy -
Przepraszam. to Cullen mnie blokuje. - Zirytowałam sie jeszcze bardziej, bo chyba kady
widział, e korek nie powstał z mojej winy.
- Ach to. Wiem, jasne. Chciałem cie tylko o cos zapytac przy okazji. - Usmiechnał sie
promiennie.
Tylko nie to, pomyslałam.
- Zaprosiłabys mnie na ten bal wiosenny?
- Jade na cały dzien do Seattle. - Zabrzmiało to chyba nieco niegrzecznie i zrobiło mi
sie głupio. Przecie to nie jego wina, e Mike i Eric zdayli ju zuyc moja dzienna racje
cierpliwosci.
- No tak, Mike cos wspominał - przyznał Tyler. - Miałem nadzieje, e to tylko taka
gadka, eby go spławic.
No dobra, facet sam był jednak sobie winny.
- Przykro mi - powiedziałam, starajac sie ukryc rozdranienie - ale naprawde tego dnia
nie bedzie mnie w Forks.
- Nie ma sprawy. Przed nami jeszcze bal absolwentów*.
Zanim zdayłam cos powiedziec, obrócił sie na piecie i wrócił do swojego auta.
Musiałam wygladac na osobe w głebokim szoku. Sprawdziłam sytuacje na drodze. Alice,
Rosalie, Emmett i Jasper sadowili sie własnie w volvo. W lusterku ich wozu dostrzegłam
oczy Edwarda. Nie było najmniejszych watpliwosci, e chłopak trzesie sie ze smiechu, jakby
doszło jego uszu kade słowo Tylera. Moja oparta o pedał gazu stopa zadrała niecierpliwie.
Jedno małe wgniecenie nikomu by nie zaszkodziło, a lakier volvo swiecił tak kuszaco...
Wcisnełam pedał.
Niestety, cala piatka zdayła ju wsiasc i Edward ruszył w tym samym momencie.
Jechałam do domu powoli i ostronie, mamroczac pod nosem.
Na obiad postanowiłam przyrzadzic tortille nadziewane kurczakiem. Miałam nadzieje,
e skupiona nad tym pracochłonnym daniem bede w stanic odegnac uporczywe mysli. Kiedy
podsmaałam cebule z papryczkami chilli, zadzwonił telefon. Niechetnie podniosłam
słuchawke, bojac sie, e to jedno z rodziców.
Dzwoniła podekscytowana Jessica - Mike złapał ja po szkol i przyjał zaproszenie.
Pogratulowałam jej, mieszajac zawartosc rondla. Jess nie miała dla mnie zbyt wiele czasu,
chciała jeszcze podzielic sie nowina z Angela i Lauren. Ta pierwsza była ta niesmiała
dziewczyna, która chodziła ze mna na biologie, a druga, nieco nadeta, siedziała z nami w
stołówce, ale nie zwracała na mnie uwagi. Zasugerowałam tonem niewiniatka, e moe
Angela mogłaby zaprosic Erica, a Lauren Tylera, który, jak niby słyszałam, był nadal wolny.
Mój pomysł przypadł koleance do gustu. Uspokojona zgoda Mike'a, tym razem szczerze
zachecała mnie do pójscia na zabawe. Po raz kolejny wymigałam sie zakupami w Seattle.
Po rozmowie z Jess próbowałam skoncentrowac sie na obiedzie, zwłaszcza przy
krojeniu kurczaka w kostke - nie usmiechała mi sie kolejna wizyta na pogotowiu. Nie było to
jednak łatwe, bo wcia wracałam myslami do tego, co Edward mi dzis powiedział,
analizowałam kade jego słowo. Dlaczego uwaał, e nie powinnismy zostac przyjaciółmi?
Nagle zrozumiałam i poczułam sie jak zupełna idiotka. Tak, to musiało byc to.
Zauwaył, jak na niego reaguje, jak sledze go wzrokiem. Tu nie chodziło o przyjazn, wiec, po
co miałby mnie nia łudzic. Po co dawac mi nadzieje? Nic byłam w jego typie, nie miałam
szans.
Przecie to oczywiste, e nie mam u niego szans, pomyslałam, ganiac sie za naiwnosc.
Oczy mnie piekły, ale to, dlatego, e pare minut wczesniej kroiłam cebule. To on z nas
dwojga był chodzacym ideałem, prawda? Co za facet! Intrygujacy, błyskotliwy, przystojny,
tajemniczy... A do tego najprawdopodobniej potrafił podnosic auta jedna reka.
Bede twarda, obiecałam sobie. Moge dac sobie z nim spokój. Dam sobie z nim spokój.
Przetrwam dobrowolne zesłanie, a potem, jesli mi sie poszczesci, jakas szkoła z
* Na bal absolwentów, organizowany niekoniecznie na samo zakonczenie roku moga przyjsc take
uczniowie innych klas.
południowego zachodu albo Hawajów zaoferuje mi stypendium. Pakujac tortille do
piekarnika, wyobraałam sobie palmy i gorace plae.
Charlie wygladał na zaniepokojonego, kiedy po powrocie do domu wyczuł zapach
zielonej papryki. Miał prawo byc podejrzliwy - najblisza meksykanska knajpa, w której
mona było sie stołowac bez obaw, znajdowała sie zapewne w południowej Kalifornii. Ale
jako gliniarz, chocby i z małego miasta, zebrał w sobie dosc odwagi, by spróbowac mojego
dzieła. I chyba mu smakowało. Przyjemnie było obserwowac, jak stopniowo nabiera zaufania
do mojej kuchni.
- Tato? - spytałam, gdy ju konczył posiłek.
- Co tam, Bello?
W przyszła sobote chce wybrac sie na cały dzien do Seattle. To jest, jesli nie masz nic
przeciwko. - Zamierzałam nie prosic o pozwolenie, eby nie ustanawiac niewygodnego
precedensu, ale w koncu wyrzuciłam to z siebie, eby ojciec nie poczuł sie obraony.
- Do Seattle? Ale po co? - Charliemu najwyrazniej nie miesciło sie w głowie, e
mona miec potrzeby, których nie da sie zaspokoic w Forks.
- Chciałabym kupic pare ksiaek, bo tutejsza biblioteka nic jest najlepiej zaopatrzona,
i moe połazic troche po sklepach z ciuchami. - Miałam wieksze oszczednosci ni zwykle, bo
dzieki hojnosci ojca nie musiałam zapłacic za furgonetke. Chocia rachunki za paliwo
zwalały z nóg.
- Wydasz majatek na benzyne - zauwaył Charlie, jakby czytał mi w myslach.
- Wiem. Bede musiała zatrzymac sie w Montesano i w Olympii, moe jeszcze w
Tacomie, jesli bedzie trzeba.
- I pojedziesz tak zupełnie sama? - Nie wiedziałam, czy boi sie, e auto mi padnie,
czy e ukrywam przed nim, e mam chłopaka.
- Zupełnie sama.
- Seattle to wielkie miasto - postraszył mnie. - Tato Phoenix jest piec razy wieksze, no
i przecie wezme plan. Poradze sobie.
- Mam pojechac z toba?
Wzdrygnełam sie w duchu na sama mysl o tym, ale nie dałam nic po sobie poznac.
Postanowiłam uyc starego babskiego chwytu.
- Czy ja wiem, cały dzien spedze pewnie w przymierzalniach...
- No dobra, niech ci bedzie - uciał szybko. Nawet kwadrans w sklepie z odziea
damska byłby dla niego udreka.
- Dziekuje. - Usmiechnełam sie przymilnie.
- Zdaysz na bal?
Dobry Boe, ojciec te o nim wiedział. W tej miescinie było to chyba wydarzenie
roku.
- Nie ide, nie... nie lubie tanczyc. - Miałam nadzieje, e kto, jak kto, ale on zrozumie
prawdziwy powód. W koncu nie odziedziczyłam problemów z koordynacja ruchowa po
mamie.
- Zrozumiał.
- No tak, jasne - mruknał po namysle.
Nastepnego dnia pod szkoła zaparkowałam jak najdalej od srebrnego Volvo. Wolałam
sie nie wystawic na pokuszenie, a i nie stac by mnie było na pokrycie ewentualnych szkód.
Wysiadajac z auta, upusciłam niechcacy kluczyki prosto w kałue. Schyliłam sie, eby je
podniesc, ale ktos błyskawicznie sprzatnał mi je sprzed nosa - migneła mi tylko blada dłon.
Wyprostowałam sie szybko, zaskoczona. Tu obok mnie stał Edward Cullen, oparty
nonszalancko obok mojej furgonetki.
- Jak u licha to zrobiłes? - spytałam zdumiona i poirytowana zarazem.
- Co takiego? - Upuscił kluczki na moja wyciagnieta dłon.
- Zmaterializowałes sie, czy co? Przed sekunda cie tu jeszcze nie było.
- Bello, to doprawdy nie moja wina, e jestes nadzwyczaj mało spostrzegawcza. - Głos
miał jak zwykle cichy, aksamitny, przytłumiony.
Spojrzałam mu prosto w twarz. Jego oczy zdayły pojasniec i stały sie miodowo
złociste. W głowie mi zawirowało. Musiałam spuscic wzrok, eby zebrac mysli.
- A moe wyjasniłbys mi, po co wczoraj blokowałes wyjazd z parkingu? - zaadałam,
nadal wpatrujac sie w ziemie. - Myslałam, e masz zamiar udawac, e nie istnieje, a nie
doprowadzac mnie do szału.
- Nie chodziło o ciebie, tylko o Tylera - zaszydził. - Mam dobre serce. I chłopczyna
madrze skorzystał z okazji.
- Ty... - Zabrakło mi słów. Zagotowało sie we mnie. Spodziewałam sie niemal, e
Edward odskoczy naprawde oparzony, ale cała ta sytuacja wydawała sie go wyłacznie bawic.
- Nie udaje te wcale, e nie istniejesz - dodał.
- A wiec masz zamiar doprowadzac mnie do szału, tak? A w koncu szlag mnie trafi?
No có, jakos trzeba sie mnie pozbyc, skoro vanowi Tylera sie nie udało.
Rozgniewałam go. Zacisnał wargi. Pobłaliwy usmiech zniknał.
- Twoje przypuszczenia sa absurdalne - powiedział lodowatym tonem.
A swierzbiły mnie rece, tak bardzo chciałam cos uderzyc. Zaskoczyło mnie to, nigdy
wczesniej nie było we mnie tyle agresji. Odwróciłam sie na piecie i zaczełam isc w kierunku
szkoły.
- Czekaj! - zawołał. Szlam dalej, gniewnie rozbryzgujac wode w mijanych kałuach,
ale zaraz mnie dogonił.
- Przepraszam, zachowałem sie niegrzecznie - powiedział.
Pusciłam te uwage mimo uszu. - Nie mówie, e odwołuje to, co powiedziałem -
ciagnał - ale niemniej było to niegrzeczne.
- Dlaczego sie ode mnie nie odczepisz? - rzuciłam opryskliwie.
- Chciałem cie o cos spytac, ale nie dałas mi dojsc do głosu - zasmiał sie.
Najwyrazniej szybko wrócił mu dobry humor.
- Masz rozdwojenie jazni, czy co? - skomentowałam.
- Widzisz, znowu zaczynasz.
Westchnełam.
- Dobra. O co chciałes zapytac?
- W nastepna sobote jest ten bal wiosenny...
- Myslisz, e jestes dowcipny? - przerwałam mu, przystajac gwałtownie i zwracajac
sie w jego strone. Musiałam podniesc głowe; deszcz lał mi sie prosto na twarz.
Usmiechał sie jak złosliwy chochlik.
- Pozwolisz, e skoncze?
Zagryzłam wargi i splotłam dłonie, eby opanowac wszelkie gwałtowne odruchy.
- Słyszałem, e zamiast na bal wybierasz sie tego dnia do Seattle. Moe miałabys
ochote załapac sie na darmowy transport?
Tego sie nie spodziewałam.
- Co? - Nie byłam pewna, czy dobrze zrozumiałam.
- Chciałabys sie załapac na darmowy transport?
- A kto jedzie do Seattle? - Cieko mi sie przy nim myslało. Jakos nikt nie przychodził
mi do głowy.
- Ja, a któby inny? - Popatrzył na mnie, jakby miał do czynienia z kims opóznionym
umysłowo.
Byłam w szoku.
- Skad taki gest?
- I tak zamierzałem pojechac jakos w tym miesiacu. Poza tym, szczerze mówiac, nie
wierze, e twoja furgonetka dojedzie do celu.
- Jestem wzruszona twoja troska, ale nie martw sie, auto swietnie sie spisuje. -
Ruszyłam w strone szkoły, zostawiajac Edwarda z, tylu, choc, zaskoczona propozycja, nie
byłam ju na niego taka zła.
- Ale na jednym baku nie dojedzie, prawda? - zawołał, zrównujac sie ze mna.
- A co cie to obchodzi? - Ach, ci zarozumiali posiadacze volvo.
- Wszyscy powinni przeciwstawiac sie marnotrawieniu nieodnawialnych zródeł
energii.
- Wiesz, co, Edward... - Gdy wymawiałam jego imie, przeszył mnie dreszcz, i bardzo
mi sie to nie spodobało. - Naprawde nie nadaam za toba. Jeszcze nie tak dawno twierdziłes,
e nie chcesz sie ze mna kolegowac.
- Powiedziałem, e lepiej bedzie, jesli nie bedziemy utrzymywac ze soba bliszych
kontaktów, a nie, e nie chce ich utrzymywac.
- Dzieki, teraz ju wszystko rozumiem - rzuciłam z sarkazmem. Zorientowałam sie, e
znowu przystanelismy. Tym razem jednak przed deszczem chronił nas daszek nad wejsciem
do stołówki i mogłam uwaniej przyjrzec sie memu rozmówcy. Co rzecz jasna, nie pomagało
mi w koncentracji.
- Byłoby... roztropniej, gdybysmy nie zostali przyjaciółmi - wyjasnił. - Ale mam ju
dosc zmuszania sie do ignorowania ciebie, Bello.
Przy tym ostatnim zdaniu w jego oczach pojawiło sie jakies silne, nienazwane uczucie.
Niski głos amanta piescił uszy. Zapomniałam, jak sie nazywam.
- Pojedziesz ze mna do Seattle? - spytał takim tonem, jakby chodziło o oswiadczyny.
Mowe mi odjeło, wiec skinełam tylko głowa. Po jego twarzy przemknał usmiech, ale
szybko przybrał powana mine.
- Co nie zmienia faktu, e naprawde powinnas sie trzymac ode mnie z daleka -
ostrzegł. - Do zobaczenia na biologii.
Odwrócił sie i odszedł w kierunku, z którego przyszylismy.
bloo 18/06/2009 23:41:35 [Powrót] Komentuj