Mój avatararchiwum
Marzec Luty 2011 Grudzień Listopad Październik Wrzesień Czerwiec Maj Marzec Styczeń 2010 Listopad Październik Wrzesień Sierpień Czerwiec Maj Kwiecień Marzec Styczeń 2009 Grudzień Listopad Październik Wrzesień Lipiec Czerwiec Maj Kwiecień Marzec Luty Styczeń 2008 Grudzień Listopad Wrzesień Sierpień Lipiec Czerwiec Maj Kwiecień Marzec Luty Styczeń 2007 Grudzień Listopad Październik Wrzesień Sierpień Lipiec Czerwiec Maj Kwiecień Marzec Luty Styczeń 2006 Grudzień Listopad Październik Wrzesień Sierpień linki
mój fotosik Śpiewające konie JAK NALEŻ ZACHOWAĆ SIĘ NA DRODZE czyli nauka jazdy Piasek by Dydzio SABAT - FIRESHOW znajomi Agusa :) Dorota :) ulubieniLicznik odwiedzinZajrzało tutaj już 56566 osóbPowered by blog 4u |
4 ZAPROSZENIA4 ZAPROSZENIAW moim snie było bardzo ciemno, a jedynym zródłem bladego swiatła wydawała sie skóra Edwarda. Nie widziałam jego twarzy tylko plecy. Odchodził, pozostawiajac mnie sama w ciemnosciach. Choc biegłam ile sił w nogach, nie byłam w sianie go dogonic; choc głosno krzyczałam, ani razu sie nie obrócił. Obudziłam sie w srodku nocy zlana potem i długo, przynajmniej tak mi sie wydawało, nie mogłam zasnac. Odtad snił mi sie kadej nocy, ale zawsze gdzies z boku, niedostepny. Pierwszy miesiac po wypadku był dla mnie trudny, pełen napiecia, a pierwszy tydzien niezwykle krepujacy. Ku mojej konsternacji, po powrocie do szkoły znalazłam sie w centrum uwagi. Tyler Crowley, ogarniety obsesja zadoscuczynienia, nie dawał mi spokoju. Próbowałam go przekonac, e niczego tak bardzo nie pragne, jak wymazania całej tej sprawy z pamieci - zwłaszcza, e z wypadku wyszłam bez szwanku, - ale uporczywie obstawał przy swoim. Na przerwach nie odstepował mnie ani na krok i dosiadł sie do naszego stołu w stołówce, przy którym widywałam teraz zreszta wiele nowych twarzy. Mike i Eric darzyli go nawet wieksza niechecia ni siebie nawzajem, co jeszcze bardziej psuło mi humor. Nikt nie zawracał sobie głowy Edwardem, chocia powtarzałam wcia, e uratował mi ycie - odepchnał na bok, a potem sam cudem uniknał staranowania. Starałam sie, eby moja historyjka brzmiała przekonujaco, ale Mike, Eric, Jessica i wszyscy inni twierdzili, e nie wiedzieli nawet, e jest ze mna, dopóki nie odciagnieto vana. Zastanawiałam sie, dlaczego nikt nie zauwaył, e chłopak stał te kilka aut dalej i nie miał szans dobiec do mnie w pore. W koncu doszłam do wniosku, e powód moe byc prosty - po prostu nikt prócz mnie nie sledził bez przerwy Cullena wzrokiem, nie przejmował sie, czy jest w pobliu. Byłam doprawdy ałosna. Uczniowie unikali Edwarda jak zwykle i nikt ciekawski jakos nie namawiał go do zwierzen. Tajemnicza piatka siadywała tam, gdzie zawsze: nie jedli lunchu, rozmawiali tylko ze soba i adne z rodzenstwa, a zwłaszcza mój wybawca, ani razu nie zerkneło w moja strone. Na lekcji biologii, siedzac najdalej jak to było moliwe, Edward całkowicie ignorował moja osobe. Od czasu do czasu zaciskał jednak znienacka dłonie w piesci - a bielały mu kłykcie - co pozwalało mi sadzic, e ta nonszalancka poza to tylko pozory i chłopak ywi wobec mnie jakies negatywne uczucia. Zapewne ałował, e wypchnał mnie spod kół vana Tylera - adne inne wyjasnienie nie przychodziło mi do głowy. Bardzo pragnełam z nim porozmawiac i próbowałam go zagadnac ju dzien po wypadku. Wprawdzie, kiedy widzielismy sie po raz ostatni, pod drzwiami urazówki, oboje bylismy wyjatkowo rozwscieczeni i nadal miałam do niego al, e nie chce mi zaufac, chocia przecie zgodnie z nasza umowa podtrzymywałam jego wersje, niemniej, niezalenie od tego, jak to zrobił, facet niewatpliwie uratował mi ycie. Przez noc gniew zelał i czułam sie teraz przede wszystkim bardzo wdzieczna. Kiedy zjawiłam sie w sali od biologii, tkwił ju w ławce, patrzac prosto przed siebie. Siadajac, spodziewałam sie, e spojrzy w moja strone, ale zdawał sie mnie nie zauwaac. - Czesc, Edward - powiedziałam z sympatia w glosie, aby pokazac mu, e nie mam zamiaru robic scen. Odwrócił sie moe o milimetr, skinał głowa, unikajac mojego wzroku, i powrócił do poprzedniej pozycji. Wtedy to po raz ostatni udało mi sie nawiazac z nim jakikolwiek kontakt, choc przecie widywalismy sie codziennie i dzielilismy jedna ławke. Nie mogac sie powstrzymac, przygladałam mu sie czasami, ale tylko z daleka - w stołówce albo na parkingu. Zauwayłam przy okazji, e jego złote oczy z dnia na dzien robia sie znów coraz ciemniejsze. W klasie ignorowałam go jednak tak samo, jak on mnie. - Złe znosiłam te sytuacje. A co noc wracały sny. Mimo naszpikowanych kłamstwami maili, Renee wyczula mój i depresyjny nastrój i zmartwiona kilkakrotnie zadzwoniła. Starałam sie przekonac ja, e to tylko wina pogody. Przynajmniej Mike był zadowolony z zaistniałej sytuacji. Z poczatku martwił sie, e bohaterski czyn Edwarda mógł mi zaimponowac i zbliyc do niego, odetchnał, wiec z ulga, widzac, e jest wrecz odwrotnie. Zrobił sie bardziej smiały i przed lekcja biologii przesiadywał na brzegu mojej ławki, ignorujac Cullena, tak jak on ignorował nas. Po owym dniu groznej gołoledzi snieg zniknał na dobre. Mój wierny towarzysz ałował, e nie bedzie miał ju okazji zorganizowac bitwy na snieki, ale i cieszył sie, bo pogoda miała sprzyjac planowanej wycieczce nad morze. Na razie czekalismy na słoneczny weekend. W deszczu mijały kolejne tygodnie. Jessica uswiadomiła mi, e zblia sie te inny termin. W pierwszy wtorek marca zadzwoniła z pytaniem, czy nie miałabym nic przeciwko, gdyby zaprosiła Mike'a na bal z okazji powitania wiosny, który miał sie odbyc za dwa tygodnie. Zgodnie z tradycja to dziewczeta wybierały, z kim chciałyby isc. - Jestes pewna, e moge? Moe miałas go na oku? - drayła, chocia powiedziałam wyraznie, e daje jej wolna reke. - Nie, Jess. W ogóle sie tam nie wybieram. - była skora przekonac mnie do przyjscia. Odnosiłam wraenie, e woli raczej odcinac kupony od mojej popularnosci, ni znosic me towarzystwo. - Bawcie sie dobrze - zakonczyłam zachecajaco. Nastepnego dnia zauwayłam, e jest wyraznie przybita. Na przerwach milczała i bałam sie spytac ja, co jest grane. Jesli Mike dal jej kosza, z pewnoscia byłam ostatnia osoba, której chciałaby sie zwierzac. Moje podejrzenia pogłebiły sie w czasie lunchu, kiedy usiadła tak daleko od niego, jak to było moliwe, zajeta oywiona rozmowa z Prikiem. Mike z kolei, po raz pierwszy odkad sie poznalismy milczał jak zaklety. Idac ze mna na biologie, nadal nie był rozmowny, a jego zmartwiona mina nie wróyła nic dobrego. Nic poruszył jednak tematu balu dopóki nie znalezlismy sie w klasie, gdzie jak zwykle przysiadł na skraju mojej ławki. Jesli chodzi o sasiada, nie musiałam nawet na niego patrzec, eby czuc jego elektryzujaca obecnosc. Był na wyciagniecie reki, a mimo to niedostepny niczym wytwór mojej wyobrazni. - Wiesz - zaczał Mike, wpatrujac sie w podłoge - Jessica zaprosiła mnie na te impreze za dwa tygodnie. - Swietnie - odparłam, niby to wielce ucieszona. - Na pewno bedziecie sie dobrze bawic. Zasepił sie. - Widzisz... - nic wiedział, jak mi to powiedziec. - Poprosiłem ja o troche czasu do namysłu. - A to, dlaczego? - udałam dezaprobate, choc w głebi ducha ucieszyłam sie, e nie postapił brutalniej. Znów wbił wzrok w podłoge i sie zarumienił. al zmiekczył mi serce. Moe go jednak zaprosic? - Myslałem, e moe, no wiesz, moe, moe ty chciałas... Przez chwile dałam sie poniesc wyrzutom sumienia, ale katem oka zauwayłam, e Edward przechylił głowe, jakby czekał na moja odpowiedz. - Mike, sadze, e powinienes przyjac tamto zaproszenie. - Ju z kims idziesz? - Czy Edward dostrzegł, e Mike zerknał z niepokojem w jego strone? - Nie, skad. Nawet sie nie wybieram. - Czemu nie? - chciał wiedziec Mike. Nie miałam ochoty przyznac, e tanczac, stanowie zagroenie dla siebie i innych, wiec szybko wpadłam na pewien pomysł. - Jade w ten dzien do Scattle - wyjasniłam. Ju od dawna chciałam sie stad wyrwac, a teraz zyskałam dobry pretekst. - Nie moesz pojechac, kiedy indziej? - Niestety nie - powiedziałam. - Nie trzymaj Jess dłuej w niepewnosci, nie wypada. - Tak, masz racje - wymamrotał i odrzucony powlókł sie na swoje miejsce. Zacisnełam powieki i przytknełam palce do skroni starajac sie wyprzec współczucie i wyrzuty sumienia. Pan Banner zaczał cos mówic. Westchnełam i postanowiłam wrócic do ycia. Och. Edward przygladał mi sie uwanie, a w jego czarnych oczach malowało sie jeszcze wieksze zmartwienie ni kiedys. Zaskoczona nie odwróciłam wzroku, przekonana, e zaraz sam to zrobi. Patrzył jednak dalej, zagladał w zakamarki duszy, hipnotyzował. Nie mogłam sie ruszyc. Zaczety mi drec dłonie. - Cullen? - To nauczyciel prosił go o udzielenie odpowiedzi na jakies pytanie, którego nawet nie usłyszałam. - Cykl Krebsa - rzucił Edward, niechetnie, jak mi sie zdawało, przenoszac wzrok na pana Bannera. Uwolniona z pet jego magnetycznego spojrzenia, natychmiast zajrzałam do podrecznika, chcac znalezc odpowiedni fragment. Tchórzliwa jak zawsze, zgarnełam włosy na prawe ramie, eby przesłonic twarz. Nie mogłam uwierzyc, e był w stanie a tak wyprowadzic mnie z równowagi - tylko, dlatego, e spojrzał na mnie po raz pierwszy od szesciu tygodni. Nie mogłam pozwolic na to, by miał nade mna tak wielka władze. Było to ałosne, wiecej, było to niezdrowe. Przez reszte lekcji próbowałam wmówic sobie, e go tam wcale nie ma, a dokładniej, poniewa było to niemoliwe, przynajmniej udawac przed nim, e jesli o mnie chodzi, to go tam wcale nie ma. Kiedy w koncu zabrzeczał dzwonek, zaczełam sie pakowac odwrócona do swojego sasiada plecami, spodziewajac sie, e wyjdzie z klasy pierwszy, jak to miał w zwyczaju. - Bello? - Byłam na siebie zła, e ten głos budzi we mnie takie uczucie, jakbym znała go od dziecinstwa, a nie zaledwie od paru tygodni. Obróciłam sie powoli, niechetnie. Miałam sie na bacznosci, Wiedziałam, e i jego twarz wzbudzi we mnie emocje, z których byłam dumna. Spojrzałam mu w oczy. Milczał, a jego mina nie zdradzała, jakie ma zamiary. - Co? - powiedziałam w koncu. - Nagle chce ci sie ze mna gadac? - W moim głosie dało sie wyczuc niezamierzona nute rozdranienia. Jego wargi zadrgały, ale sie nie usmiechnał. - Nie, nie za bardzo - przyznał. Zacisnełam powieki i zaczełam oddychac powoli przez nos, swiadoma tego, e niemal zgrzytam zebami ze złosci. Edward nadal czekał na jakas reakcje z mojej strony. - No to, o co ci chodzi? - warknełam, nie otwierajac oczu. Tylko w ten sposób byłam w stanie sie kontrolowac. - Wybacz mi. - O dziwo, zabrzmiało to szczerze. - Wiem, e moje zachowanie jest karygodne. Ale, uwierz, to najlepsze rozwiazanie. Otworzyłam oczy. Miał bardzo powany wyraz twarzy. - Nie rozumiem. O co chodzi? - spytałam, zachowujac spokój. - Lepiej bedzie, jesli nie bedziemy utrzymywac ze soba bliszych kontaktów - wyjasnił. - Zaufaj mi. Skrzywiłam sie. Stara spiewka. - Szkoda tylko, e dopiero teraz na to wpadłes - wycedziłam. - Nie miałbys przynajmniej, czego ałowac. - Co takiego? - Wzmianka o alu i zjadliwym tonem najwyrazniej zbiłam go z pantałyku. - Czego ałowac? - Ze cie poniosło i wypchnałes mnie spod kół samochodu. Moje przypuszczenie go zaszokowało. Patrzył na mnie z nie dowierzaniem. Gdy w koncu sie odezwał, słychac było, e traci cierpliwosc. - Myslisz, e ałuje uratowania ci ycia? - Ba, jestem o tym przekonana. - Wydajesz osad w sprawie, o której nie masz najmniejszego pojecia - stwierdził wsciekły. Odwróciłam gwałtownie głowe, z trudem powstrzymujac przed wykrzyczeniem mu w twarz wszystkich oskaren, jakie miałam w zanadrzu. Zebrałam z blatu swoje rzeczy, zerwałam sie i ruszyłam w strone wyjscia. Zamierzałam wyjsc z gracja godna tej dramatycznej sceny, ale oczywiscie zaczepiłam butem o framuge i ksiaki rozsypały mi sie po podłodze. Przez chwile zastanawiałam sie, czy ich tam nie zostawic. W koncu westchnełam i zabrałam sie do zbierania, ale nim zdayłam sie schylic, Edward mnie wyreczył. W jego oczach nie było widac jednak cienia sympatii. - Dziekuje - powiedziałam chłodno. Spojrzał na mnie z niechecia. - Nie ma, za co. Ponownie odwróciłam sie do niego plecami i odeszłam szybko do sali gimnastycznej, nic ogladajac sie za siebie. WF był koszmarny. Przeszlismy do koszykówki. Członkowie mojej druyny, dzieki Bogu, nigdy nie podawali mi piłki, ale czesto sie przewracałam, nieraz pociagajac za soba innych. A dzis szło mi jeszcze gorzej ni zwykle, bo głowe miałam pełna Edwarda. Próbowałam koncentrowac sie na swoich stopach, ale w najwaniejszych momentach gry znów wkradał sie do moich mysli. Jak zwykle odetchnełam z ulga, gdy mogłam wreszcie pojechac do domu. Niemal dobiegłam do furgonetki - w szkole roiło sie od łudzi, których wolałam unikac. Moje auto wyszło z wypadku prawie bez szwanku - musiałam tylko wymienic tylne swiatła, lakier i tak wszedzie odłaził. Tymczasem rodzice Tylera sprzedali swój wóz na czesci. Gdy wyszłam zza rogu i zobaczyłam, e ktos wysoki czeka na mnie przy samochodzie, stanełam jak wryta. Mało brakowało, ebym dostała zawału. Po chwili zorientowałam sie jednak, e to tylko Eric, i uspokojona podeszłam bliej. - Czesc. - Czesc, Bella. - Jak tam lekcje? - spytałam bez wiekszego zainteresowania, otwierajac drzwiczki. Nie zwróciłam uwagi na to, e jest nieco zakłopotany, wiec zupełnie zaskoczył mnie swoim pytaniem. - Zastanawiałem sie, czy, no, czy nie poszłabys ze mna na ten bal na powitanie wiosny. - Z trudem dobrnał do konca. - Myslałam, e to dziewczyny wybieraja. - Z wraenia zapomniałam o dyplomacji. - No, własciwie to tak - przyznał zawstydzony. Doszłam ju do siebie i zdobyłam sie na ciepły usmiech. - To bardzo miło z twojej strony, ale akurat w te sobote jade do Scattle. - Ach. No có, moe innym razem. - Tak, innym razem. - Miałam nadzieje, e nie potraktuje tego jak obietnice. Odszedł przygarbiony w kierunku szkoły. Ktos prychnał. Edward mijał własnie moja furgonetke, patrzac prosto przed siebie, z zacisnietymi ustami. Otworzyłam pospiesznie drzwiczki szoferki, wskoczyłam do srodka i zatrzasnełam je z hukiem za soba. Zmuszajac silnik do wycia, wycofałam gwałtownie i byłam ju gotowa ruszyc w strone szosy, gdy na drodze stanał mi samochód Cullena, który take dopiero, co opuscił parking. Jego kierowca wyłaczył silnik i najwyrazniej zamierzał poczekac na rodzenstwo - widziałam, jak sie zbliaja, ale byli jeszcze daleko. Miałam ochote staranowac tył jego lsniacego volvo, ale doszłam do wniosku, e jest za duo swiadków. Zerknełam w lusterko. Zaczynała formowac sie kolejka - Tu za mna, w kupionej niedawno uywanej Sentrze, siedział Tyler Crowley. Pomachał mi przyjaznie, ale byłam zbyt zdenerwowana, by bawic sie w uprzejmosci. Wbiłam wzrok w jakis kat, byle tylko nie widziec obu chłopaków. Nagle ktos zapukał w szybe po mojej lewej stronic. Był to Tyler - Zdziwiona sprawdziłam w lusterku, e słuch mnie nie myli - nie wyłaczył nawet silnika, a drzwiczki zostawił otwarte na oscie. Chwyciłam korbke i z wielkim trudem otworzyłam okno tylko do połowy - Przepraszam. to Cullen mnie blokuje. - Zirytowałam sie jeszcze bardziej, bo chyba kady widział, e korek nie powstał z mojej winy. - Ach to. Wiem, jasne. Chciałem cie tylko o cos zapytac przy okazji. - Usmiechnał sie promiennie. Tylko nie to, pomyslałam. - Zaprosiłabys mnie na ten bal wiosenny? - Jade na cały dzien do Seattle. - Zabrzmiało to chyba nieco niegrzecznie i zrobiło mi sie głupio. Przecie to nie jego wina, e Mike i Eric zdayli ju zuyc moja dzienna racje cierpliwosci. - No tak, Mike cos wspominał - przyznał Tyler. - Miałem nadzieje, e to tylko taka gadka, eby go spławic. No dobra, facet sam był jednak sobie winny. - Przykro mi - powiedziałam, starajac sie ukryc rozdranienie - ale naprawde tego dnia nie bedzie mnie w Forks. - Nie ma sprawy. Przed nami jeszcze bal absolwentów*. Zanim zdayłam cos powiedziec, obrócił sie na piecie i wrócił do swojego auta. Musiałam wygladac na osobe w głebokim szoku. Sprawdziłam sytuacje na drodze. Alice, Rosalie, Emmett i Jasper sadowili sie własnie w volvo. W lusterku ich wozu dostrzegłam oczy Edwarda. Nie było najmniejszych watpliwosci, e chłopak trzesie sie ze smiechu, jakby doszło jego uszu kade słowo Tylera. Moja oparta o pedał gazu stopa zadrała niecierpliwie. Jedno małe wgniecenie nikomu by nie zaszkodziło, a lakier volvo swiecił tak kuszaco... Wcisnełam pedał. Niestety, cala piatka zdayła ju wsiasc i Edward ruszył w tym samym momencie. Jechałam do domu powoli i ostronie, mamroczac pod nosem. Na obiad postanowiłam przyrzadzic tortille nadziewane kurczakiem. Miałam nadzieje, e skupiona nad tym pracochłonnym daniem bede w stanic odegnac uporczywe mysli. Kiedy podsmaałam cebule z papryczkami chilli, zadzwonił telefon. Niechetnie podniosłam słuchawke, bojac sie, e to jedno z rodziców. Dzwoniła podekscytowana Jessica - Mike złapał ja po szkol i przyjał zaproszenie. Pogratulowałam jej, mieszajac zawartosc rondla. Jess nie miała dla mnie zbyt wiele czasu, chciała jeszcze podzielic sie nowina z Angela i Lauren. Ta pierwsza była ta niesmiała dziewczyna, która chodziła ze mna na biologie, a druga, nieco nadeta, siedziała z nami w stołówce, ale nie zwracała na mnie uwagi. Zasugerowałam tonem niewiniatka, e moe Angela mogłaby zaprosic Erica, a Lauren Tylera, który, jak niby słyszałam, był nadal wolny. Mój pomysł przypadł koleance do gustu. Uspokojona zgoda Mike'a, tym razem szczerze zachecała mnie do pójscia na zabawe. Po raz kolejny wymigałam sie zakupami w Seattle. Po rozmowie z Jess próbowałam skoncentrowac sie na obiedzie, zwłaszcza przy krojeniu kurczaka w kostke - nie usmiechała mi sie kolejna wizyta na pogotowiu. Nie było to jednak łatwe, bo wcia wracałam myslami do tego, co Edward mi dzis powiedział, analizowałam kade jego słowo. Dlaczego uwaał, e nie powinnismy zostac przyjaciółmi? Nagle zrozumiałam i poczułam sie jak zupełna idiotka. Tak, to musiało byc to. Zauwaył, jak na niego reaguje, jak sledze go wzrokiem. Tu nie chodziło o przyjazn, wiec, po co miałby mnie nia łudzic. Po co dawac mi nadzieje? Nic byłam w jego typie, nie miałam szans. Przecie to oczywiste, e nie mam u niego szans, pomyslałam, ganiac sie za naiwnosc. Oczy mnie piekły, ale to, dlatego, e pare minut wczesniej kroiłam cebule. To on z nas dwojga był chodzacym ideałem, prawda? Co za facet! Intrygujacy, błyskotliwy, przystojny, tajemniczy... A do tego najprawdopodobniej potrafił podnosic auta jedna reka. Bede twarda, obiecałam sobie. Moge dac sobie z nim spokój. Dam sobie z nim spokój. Przetrwam dobrowolne zesłanie, a potem, jesli mi sie poszczesci, jakas szkoła z * Na bal absolwentów, organizowany niekoniecznie na samo zakonczenie roku moga przyjsc take uczniowie innych klas. południowego zachodu albo Hawajów zaoferuje mi stypendium. Pakujac tortille do piekarnika, wyobraałam sobie palmy i gorace plae. Charlie wygladał na zaniepokojonego, kiedy po powrocie do domu wyczuł zapach zielonej papryki. Miał prawo byc podejrzliwy - najblisza meksykanska knajpa, w której mona było sie stołowac bez obaw, znajdowała sie zapewne w południowej Kalifornii. Ale jako gliniarz, chocby i z małego miasta, zebrał w sobie dosc odwagi, by spróbowac mojego dzieła. I chyba mu smakowało. Przyjemnie było obserwowac, jak stopniowo nabiera zaufania do mojej kuchni. - Tato? - spytałam, gdy ju konczył posiłek. - Co tam, Bello? W przyszła sobote chce wybrac sie na cały dzien do Seattle. To jest, jesli nie masz nic przeciwko. - Zamierzałam nie prosic o pozwolenie, eby nie ustanawiac niewygodnego precedensu, ale w koncu wyrzuciłam to z siebie, eby ojciec nie poczuł sie obraony. - Do Seattle? Ale po co? - Charliemu najwyrazniej nie miesciło sie w głowie, e mona miec potrzeby, których nie da sie zaspokoic w Forks. - Chciałabym kupic pare ksiaek, bo tutejsza biblioteka nic jest najlepiej zaopatrzona, i moe połazic troche po sklepach z ciuchami. - Miałam wieksze oszczednosci ni zwykle, bo dzieki hojnosci ojca nie musiałam zapłacic za furgonetke. Chocia rachunki za paliwo zwalały z nóg. - Wydasz majatek na benzyne - zauwaył Charlie, jakby czytał mi w myslach. - Wiem. Bede musiała zatrzymac sie w Montesano i w Olympii, moe jeszcze w Tacomie, jesli bedzie trzeba. - I pojedziesz tak zupełnie sama? - Nie wiedziałam, czy boi sie, e auto mi padnie, czy e ukrywam przed nim, e mam chłopaka. - Zupełnie sama. - Seattle to wielkie miasto - postraszył mnie. - Tato Phoenix jest piec razy wieksze, no i przecie wezme plan. Poradze sobie. - Mam pojechac z toba? Wzdrygnełam sie w duchu na sama mysl o tym, ale nie dałam nic po sobie poznac. Postanowiłam uyc starego babskiego chwytu. - Czy ja wiem, cały dzien spedze pewnie w przymierzalniach... - No dobra, niech ci bedzie - uciał szybko. Nawet kwadrans w sklepie z odziea damska byłby dla niego udreka. - Dziekuje. - Usmiechnełam sie przymilnie. - Zdaysz na bal? Dobry Boe, ojciec te o nim wiedział. W tej miescinie było to chyba wydarzenie roku. - Nie ide, nie... nie lubie tanczyc. - Miałam nadzieje, e kto, jak kto, ale on zrozumie prawdziwy powód. W koncu nie odziedziczyłam problemów z koordynacja ruchowa po mamie. - Zrozumiał. - No tak, jasne - mruknał po namysle. Nastepnego dnia pod szkoła zaparkowałam jak najdalej od srebrnego Volvo. Wolałam sie nie wystawic na pokuszenie, a i nie stac by mnie było na pokrycie ewentualnych szkód. Wysiadajac z auta, upusciłam niechcacy kluczyki prosto w kałue. Schyliłam sie, eby je podniesc, ale ktos błyskawicznie sprzatnał mi je sprzed nosa - migneła mi tylko blada dłon. Wyprostowałam sie szybko, zaskoczona. Tu obok mnie stał Edward Cullen, oparty nonszalancko obok mojej furgonetki. - Jak u licha to zrobiłes? - spytałam zdumiona i poirytowana zarazem. - Co takiego? - Upuscił kluczki na moja wyciagnieta dłon. - Zmaterializowałes sie, czy co? Przed sekunda cie tu jeszcze nie było. - Bello, to doprawdy nie moja wina, e jestes nadzwyczaj mało spostrzegawcza. - Głos miał jak zwykle cichy, aksamitny, przytłumiony. Spojrzałam mu prosto w twarz. Jego oczy zdayły pojasniec i stały sie miodowo złociste. W głowie mi zawirowało. Musiałam spuscic wzrok, eby zebrac mysli. - A moe wyjasniłbys mi, po co wczoraj blokowałes wyjazd z parkingu? - zaadałam, nadal wpatrujac sie w ziemie. - Myslałam, e masz zamiar udawac, e nie istnieje, a nie doprowadzac mnie do szału. - Nie chodziło o ciebie, tylko o Tylera - zaszydził. - Mam dobre serce. I chłopczyna madrze skorzystał z okazji. - Ty... - Zabrakło mi słów. Zagotowało sie we mnie. Spodziewałam sie niemal, e Edward odskoczy naprawde oparzony, ale cała ta sytuacja wydawała sie go wyłacznie bawic. - Nie udaje te wcale, e nie istniejesz - dodał. - A wiec masz zamiar doprowadzac mnie do szału, tak? A w koncu szlag mnie trafi? No có, jakos trzeba sie mnie pozbyc, skoro vanowi Tylera sie nie udało. Rozgniewałam go. Zacisnał wargi. Pobłaliwy usmiech zniknał. - Twoje przypuszczenia sa absurdalne - powiedział lodowatym tonem. A swierzbiły mnie rece, tak bardzo chciałam cos uderzyc. Zaskoczyło mnie to, nigdy wczesniej nie było we mnie tyle agresji. Odwróciłam sie na piecie i zaczełam isc w kierunku szkoły. - Czekaj! - zawołał. Szlam dalej, gniewnie rozbryzgujac wode w mijanych kałuach, ale zaraz mnie dogonił. - Przepraszam, zachowałem sie niegrzecznie - powiedział. Pusciłam te uwage mimo uszu. - Nie mówie, e odwołuje to, co powiedziałem - ciagnał - ale niemniej było to niegrzeczne. - Dlaczego sie ode mnie nie odczepisz? - rzuciłam opryskliwie. - Chciałem cie o cos spytac, ale nie dałas mi dojsc do głosu - zasmiał sie. Najwyrazniej szybko wrócił mu dobry humor. - Masz rozdwojenie jazni, czy co? - skomentowałam. - Widzisz, znowu zaczynasz. Westchnełam. - Dobra. O co chciałes zapytac? - W nastepna sobote jest ten bal wiosenny... - Myslisz, e jestes dowcipny? - przerwałam mu, przystajac gwałtownie i zwracajac sie w jego strone. Musiałam podniesc głowe; deszcz lał mi sie prosto na twarz. Usmiechał sie jak złosliwy chochlik. - Pozwolisz, e skoncze? Zagryzłam wargi i splotłam dłonie, eby opanowac wszelkie gwałtowne odruchy. - Słyszałem, e zamiast na bal wybierasz sie tego dnia do Seattle. Moe miałabys ochote załapac sie na darmowy transport? Tego sie nie spodziewałam. - Co? - Nie byłam pewna, czy dobrze zrozumiałam. - Chciałabys sie załapac na darmowy transport? - A kto jedzie do Seattle? - Cieko mi sie przy nim myslało. Jakos nikt nie przychodził mi do głowy. - Ja, a któby inny? - Popatrzył na mnie, jakby miał do czynienia z kims opóznionym umysłowo. Byłam w szoku. - Skad taki gest? - I tak zamierzałem pojechac jakos w tym miesiacu. Poza tym, szczerze mówiac, nie wierze, e twoja furgonetka dojedzie do celu. - Jestem wzruszona twoja troska, ale nie martw sie, auto swietnie sie spisuje. - Ruszyłam w strone szkoły, zostawiajac Edwarda z, tylu, choc, zaskoczona propozycja, nie byłam ju na niego taka zła. - Ale na jednym baku nie dojedzie, prawda? - zawołał, zrównujac sie ze mna. - A co cie to obchodzi? - Ach, ci zarozumiali posiadacze volvo. - Wszyscy powinni przeciwstawiac sie marnotrawieniu nieodnawialnych zródeł energii. - Wiesz, co, Edward... - Gdy wymawiałam jego imie, przeszył mnie dreszcz, i bardzo mi sie to nie spodobało. - Naprawde nie nadaam za toba. Jeszcze nie tak dawno twierdziłes, e nie chcesz sie ze mna kolegowac. - Powiedziałem, e lepiej bedzie, jesli nie bedziemy utrzymywac ze soba bliszych kontaktów, a nie, e nie chce ich utrzymywac. - Dzieki, teraz ju wszystko rozumiem - rzuciłam z sarkazmem. Zorientowałam sie, e znowu przystanelismy. Tym razem jednak przed deszczem chronił nas daszek nad wejsciem do stołówki i mogłam uwaniej przyjrzec sie memu rozmówcy. Co rzecz jasna, nie pomagało mi w koncentracji. - Byłoby... roztropniej, gdybysmy nie zostali przyjaciółmi - wyjasnił. - Ale mam ju dosc zmuszania sie do ignorowania ciebie, Bello. Przy tym ostatnim zdaniu w jego oczach pojawiło sie jakies silne, nienazwane uczucie. Niski głos amanta piescił uszy. Zapomniałam, jak sie nazywam. - Pojedziesz ze mna do Seattle? - spytał takim tonem, jakby chodziło o oswiadczyny. Mowe mi odjeło, wiec skinełam tylko głowa. Po jego twarzy przemknał usmiech, ale szybko przybrał powana mine. - Co nie zmienia faktu, e naprawde powinnas sie trzymac ode mnie z daleka - ostrzegł. - Do zobaczenia na biologii. Odwrócił sie i odszedł w kierunku, z którego przyszylismy. |
||||||