Mój avatararchiwum
Marzec Luty 2011 Grudzień Listopad Październik Wrzesień Czerwiec Maj Marzec Styczeń 2010 Listopad Październik Wrzesień Sierpień Czerwiec Maj Kwiecień Marzec Styczeń 2009 Grudzień Listopad Październik Wrzesień Lipiec Czerwiec Maj Kwiecień Marzec Luty Styczeń 2008 Grudzień Listopad Wrzesień Sierpień Lipiec Czerwiec Maj Kwiecień Marzec Luty Styczeń 2007 Grudzień Listopad Październik Wrzesień Sierpień Lipiec Czerwiec Maj Kwiecień Marzec Luty Styczeń 2006 Grudzień Listopad Październik Wrzesień Sierpień linki
mój fotosik Śpiewające konie JAK NALEŻ ZACHOWAĆ SIĘ NA DRODZE czyli nauka jazdy Piasek by Dydzio SABAT - FIRESHOW znajomi Agusa :) Dorota :) ulubieniLicznik odwiedzinZajrzało tutaj już 56566 osóbPowered by blog 4u |
6 HISTORIE MROŻACE KREW W ŻYŁACH6 HISTORIE MROACE KREW W YŁACHSiedziałam w swoim pokoju, starajac sie skupic na trzecim akcie Makbeta, ale tak naprawde nasłuchiwałam, kiedy pojawi sie Alice Wydawało mi sie, e mimo głosnego szumu ulewy, bede wstanie usłyszec silnik zbliajacej sie furgonetki. Przeceniłam własne moliwosci - kiedy po raz kolejny wyjrzałam przez okno, stała ju pod domem. W piatek nie miałam wielkiej ochoty isc do szkoły i okazało sie, e rzeczywiscie nie było, po co. Rzecz jasna, nie obyło sie bez kilku komentarzy - zwłaszcza Jessica nie mogła zapomniec o mojej przygodzie. Na szczescie Mike trzymał jezyk za zebami, wiec chyba nikt nie wiedział o interwencji Edwarda. Jessica była niemniej bardzo ciekawa, co zaszło miedzy nami w stołówce. - Czego chciał od ciebie wczoraj Edward Cullen? - spytała mnie na trygonometrii. - Tak własciwie to nie wiem - odpowiedziałam szczerze. - Jakos nie mógł dotrzec do sedna sprawy. - Wygladałas, jakby bardzo cie zdenerwował - drayła. - Naprawde? - Nie dawałam nic po sobie poznac. - To dziwne. Jeszcze nigdy nie widziałam, eby chciał siedziec z kims spoza rodziny. - Zgadzam sie. Podejrzana sprawa. Jessica wygladała na zawiedziona. Zapewne liczyła na jakies rewelacje, które mogłaby puscic w obieg. Ja z kolei byłam zła na siebie, bo chocia Edwarda miało nie byc w szkole, cały czas, jak idiotka, ywiłam nadzieje, e moe jednak sie pojawi. Wchodzac do stołówki w towarzystwie Mije`a i Jessiki, nie mogłam sie oprzec, by nie zerknac na stolik Cullelów - Rosalie, Alice i Jasper siedzieli pochyleni ku sobie, o czyms zawziecie dyskutujac. Zrobiło mi sie strasznie smutno na mysl, e mam czekac nic wiadomo ile dni, a znowu zobacze ich brata. Paczka Jessiki rozprawiała przy swoim stoliku głównie o planach na nadchodzacy dzien. Mike nie tracił dobrego humoru, ufajac miejscowemu synoptykowi, który przepowiadał słonce. Ja z wybuchem radosci czekałam na bezchmurne niebo. Musiałam jednak przyznac e było znacznie cieplej - niemal pietnascie stopni. Kto wie, pomyslałam, moe nad tym morzem nie bedzie beznadziejnie? W czasie lunchu zauwayłam kilkakrotnie, e Lauren spoglada na mnie nieprzyjaznie, ale dopiero, gdy wychodzilismy ze stołówki dowiedziałam sie przypadkiem, o co chodzi. Szlam tu za nia, z czego nie zdawała sobie widac sprawy. Jej lsniaca, jasna kitka majtała mi tu przed nosem. - Doprawdy nie wiem - rzuciła do Mike'a z sarkazmem - czemu nasza droga Bella nie usiadła dzis z Cullenami. - Dopiero teraz zauwayłam, e dziewczyna ma nieprzyjemny, nosowy glos. Zaskoczyła mnie jej wrogosc. Nie znałysmy sie zbyt dobrze, z pewnoscia nie dosc dobrze, eby miała ju powody mnie nie lubic - a przynajmniej tak mi sie wydawało. - To moja koleanka - odparł Mike lojalnie. - Siedzi zawsze z nami. - Kierowały nim te jednak jakies plemienne odruchy. Pozwoliłam, eby wyprzedziły mnie Jessica z Angela. Nie miałam ochoty usłyszec kolejnego komentarza. Przy obiedzie Charlie ucieszył sie na wiesc, e wybieram sie do La Push. Miał pewnie wyrzuty sumienia, e w weekendy siedziałam zawsze sama w domu, ale zbyt wiele lat ył w okreslony sposób, eby to teraz zmieniac. Znał oczywiscie wszystkich pozostałych uczestników wycieczki i ich rodziców. Ba, prawdopodobnie take imiona ich prapradziadków! Nie miał nic przeciwko planowanej na sobote wyprawie. Zastanawiałam sie, czy równie łatwo zgodziłby sie na mój wyjazd z Edwardem do Seattle - nie ebym zamierzała mu o tym powiedziec. - Tato, czy znasz cos takiego jak Kozie Skały? - spytałam obojetnym tonem. - To chyba gdzies na południe od Rainier. - Tak, a bo co? - Wzruszyłam ramionami. Koledzy mi mówili, e jada tam na weekend. To to nie miejsce na biwak - zdziwił sie. - Pełno niedzwiedzi, a ludzie zapuszczaja sie tam raczej tylko w sezonie polowan. - Och. - Opusciłam wzrok. - Moe cos mi sie poplatało. Zamierzałam pospac dłuej, ale obudziło mnie niezwykle jaskrawe swiatło. Do pokoju wlewało sie słonce. Nie wierzyłam własnym oczom. Podbiegłam sprawdzic do okna. Wisiało na niebie zbyt nisko i jakby dalej ni w Arizonie, ale niewatpliwie było to słonce. Na horyzoncie zalegały chmury, ale poza tym niebo jasniało błekitem. Nie mogłam oderwac sie od szyby, bojac sie, e cudowne zjawisko zniknie, gdy tylko wyjde na schody. Sklep Newtonów znajdował sie na północnym skraju miasteczka. Mijałam go ju wczesniej, ale nigdy nie zagladałam do srodka - jakos nie pociagały mnie piesze wycieczki po okolicy, nie potrzebowałam, wiec nic ze sprzedawanego w nim sprzetu. Na parkingu dla klientów rozpoznałam auta Mike'a i Tylera, a przed tym pierwszym dostrzegłam grupke ludzi. Był tam Eric z dwoma kolegami, bodaje Benem i Connerem, Jess z Angela i Lauren, i trzy inne dziewczyny, w tym ta, która przewróciłam w piatek na WF - ie. Gdy wysiadałam z furgonetki, moja ofiara spojrzała na mnie z niechecia i szepneła cos do Lauren. Blondynka pokreciła głowa z dezaprobata i zmierzyła mnie wzrokiem. Nic ma, co, czekał mnie kolejny wspaniały dzien. Przynajmniej Mike ucieszył sie na mój widok. - Fajnie, e jestes! - zawołał uradowany. - A nie mówiłem, e pogoda dopisze? - Przecie ci obiecałam - przypomniałam mu. - Czekamy jeszcze tylko na Lee i Samanthe. Chyba e kogos zaprosiłas? - dodał. - Nie - skłamałam, majac nadzieje, e prawda nie wyjdzie na jaw - Z drugiej strony niczego tak bardzo nie pragnełam, jak tego, eby Edward jakims cudem sie jednak pojawił. Mike wygladał na zadowolonego. - Pojedziesz moim wozem? Do wyboru jest jeszcze minvan mamy Lee. - Jasne. - Usmiechnał sie promiennie. Tak łatwo było go uszczesliwic. Niestety, najwyrazniej nie potrafiłam lego robic bez ranienia uczuc Jessiki. Kiedy Mike oswiadczył, e moge usiasc z przodu spojrzała na nas oboje wilkiem. Szczescie mi jednak sprzyjało. Lee przywiózł z soba dwóch znajomych, przez co wynikł problem z liczba miejsc i udało mi sie wepchnac Jess miedzy siebie a Mike'a. Chłopak nie był tym zbytnio zachwycony, ale przynajmniej jej poprawił sie humor. Z Forks do La Push było tylko pietnascie mil. Droga wiodła niemal cały czas przez wspaniałe, geste lasy iglaste, a dwukrotnie przekraczalismy szeroko rozlana rzeke Quillayute. Cieszyłam sie, e trafiło mi sie miejsce z brzegu. Okno, jak i pozostałe, byle otwarte, bo w dziewiatke dostalibysmy klaustrofobii. Zachłannie wystawiłam twarz do słonca. Jako małe dziecko czesto jezdziłam latem z Charliem nad morze w te okolice, znałam, wiec długi na mile półksieyc play nr 1. Był to przecudny widok. Fale oceanu, ciemnoszare nawet w słoncu, znaczone białymi grzywami, kołysały sie miarowo u stóp skalistych formacji wybrzea. Z wód zatoki wynurzały sie stromo wysepki o poszarpanych wierzchołkach obrosnietych strzelistymi jodłami. Cienki pasek piaszczystej play okalał rumowisko niezliczonych gładkich głazów, z daleka jednakowo burych, z bliska we wszystkich moliwych barwach własciwych skałom: rdzawych, zielonkawych, fioletowych, błekitno szarych, bladozłotych - Przypływ naznosił gałezi i pni, które działanie soli upodobniło do wielkich kosci. Niektóre leały w stertach tu pod lasem, inne samotnie na piasku poza zasiegiem fal. Od morza wiał rzeski, chłodny, słonawy wiatr. Nad głowami brodzacych pelikanów kołował orzeł i gromady mew. Nieliczne chmury nie pozwalały zapomniec o kaprysach aury, ale na razie na błekitnej połaci nieba królowało słonce. Zaczelismy schodzic ku play. Mike zaprowadził nas do ułoonego z pni kregu, najwyrazniej nieraz uywanego przez grupy takie jak nasza. W jego srodku czerniało popiołem miejsce na ognisko. Eric z chłopakiem, który miał chyba na imie Ben, przyniesli spod lasu narecza opału i wkrótce na zgliszczach poprzedniego stosu zbudowali z gałezi cos na kształt wigwamu. - Widziałas kiedys, jak płonie drewno wyrzucone przez morze - spytał mnie Mike. Przysiadłam na jednej z prowizorycznych ław. Inne dziewczyny, zbite w grupki po moich bokach, plotkowały zawziecie. Mike kucnał przy gotowym stosie, przytykajac suchy patyk do płomienia zapalniczki. - Nie - odparłam, przygladajac sie, jak ostronie umieszcza płonaca gałazke w wigwamie. - Spodoba ci sie. Zwróc uwage na kolor. - Zapalił kolejny patyk i dołoył do stosu. Suche drewno zajeło sie szybko. - Niebieski - zauwayłam zaskoczona. - To sprawka soli. Ładnie, prawda? - Powtórzył cała operacje jeszcze raz, eby ognisko paliło sie równomiernie, po czym zajał miejsce koło mnie. Na szczescie Jess siedziała po jego drugiej rece - odwróciła sie do niego i wciagneła w rozmowe. Ja tymczasem podziwiałam niecodzienny kolor strzelajacych ku niebu płomieni. Po półgodzinie pogaduszek czesc chłopców zapragneła wybrac sie na spacer do pobliskich jeziorek, które morze zostawiło za soba, cofajac sie w porze odpływu. Byłam w rozterce. Z jednej strony uwielbiałam takie sadzawki. Kiedy spedzałam wakacje w Forks, mało co wywoływało u mnie tyle entuzjazmu. Jednak czesto do nich wtedy wpadałam - aden kłopot dla siedmiolatki pod opieka ojca - Edward prosił mnie przecie, ebym nie kusiła losu. Decyzje podjeła za mnie Lauren, która wolała zostac na play, nie majac odpowiednich butów. Z dziewczyn chetne na spacer były Jessica i Angela. Poczekałam, a zdeklaruja sie Tyler i Eric, gdy oswiadczyli, e zostaja, bez słowa dołaczyłam do gotowej do wyruszenia grupy. Mike powitał mnie w ich gronie szerokim usmiechem. Do jeziorek nie szło sie zbyt długo, ale drzewa przesłoniły drogi mi błekit nieba. Zalegajace pod stropem gałezi zielone swiatło miało w sobie cos mrocznego i złowieszczego, co kłóciło sie z beztroskim zachowaniem moich kompanów, którzy przekomarzali sie tylko i co rusz wybuchali smiechem. Stapałam powoli wypatrujac wystajacych korzeni i zwieszajacych sie zbyt nisko gałezi, przez co wkrótce zostałam nieco w tyle. W koncu wyszlismy z lasu na skały w miejscu, gdzie do morza wpadała rzeka. Był odpływ, lecz płytkie sadzawki wzdłu jej pokrytych kamyczkami brzegów nie wysychały nigdy i teraz te tetniły yciem. Uwaałam bardzo, eby nie wychylic sie nadto i nie wpasc do jednej z nich, ale inni nie mieli takich oporów - a to stawali na samym ich skraju, a to skakali ze skały na skałe. Znalazłszy nad jednym z najwiekszych zbiorników głaz wygladajacy na stabilny, usiadłam na nim ostronie i zaczełam przypatrywac sie z zachwytem stworzonemu przez nature akwarium. Przy brzegu kłebiły sie ukryte w nieforemnych muszlach kraby, bukiety zjawiskowych ukwiałów falowały targane niewidzialnym pradem, rozgwiazd czepiały sie skał i siebie nawzajem, a wsród jaskrawozielonych wodorostów, czekajac na powrót oceanu, wił sie czarny wegorzu w białe paski. Obserwacja morskiego swiata pochłoneła mnie niemal całkowicie, ale niewielka czesc mojego mózgu wcia zajeta była rozmyslaniem o Edwardzie, Zastanawiałam sie, co teraz porabia i o czym rozmawialibysmy, gdyby mi towarzyszył. Po pewnym czasie chłopcy zgłodnieli i postanowili wrócic, podniosłam sie, wiec zesztywniała, eby podayc za nimi. Tym razem starałam sie dotrzymac im w lesie kroku, co, rzecz jasna, przypłaciłam kilkoma upadkami. Otarłam sobie jednak tylko dłonie i poplamiłam kolana dinsów na zielono. Mogło byc gorzej. Kiedy znalezlismy sie z powrotem na play nr 1, dostrzeglismy, e przy ognisku jest wiecej osób ni przedtem. Nowo przybyli mieli lsniace czarne włosy i miedziana skóre, co oznaczało, e to nasi rówiesnicy z rezerwatu, chcacy sie wspólnie zabawic. Własnie rozdawano prowiant, wiec chłopcy przyspieszyli kroku, eby cos jeszcze załapac. Z Angela podeszłysmy do kregu jako ostatnie. Tak jak i pozostałych, przedstawił nas Erc. Zauwayłam, e jeden z Indian, słyszac moje imie, zerknał na mnie zaciekawiony - Usiadłam koło Angeli, a Mike przyniósł nam kanapki i róne napoje gazowane do wyboru, najstarszy z gosci wymieniał tymczasem imiona swoich siedmiu kolegów i koleanek. Zapamietałam tylko, e jedna z dziewczyn to te Jessica, a na chłopca, który na mnie spojrzał, wołaja Jacob. Miło było tak siedziec przy Angeli, przeuwajac kanapki, bo nie czułam potrzeby zagłuszania ciszy bezmyslna paplanina. Dawało sie przy niej odpoczac, pozwalała mi rozmyslac bez przeszkód. A myslałam akurat o tym, e czas w Forks mija mi dwojako. Zwykle wspominałam miniony dzien jak przez mgłe, wyróniały sie najwyej jakies pojedyncze obrazy czy sceny. Zdarzały sie jednak takie chwile, kiedy znaczaca była kada sekunda, a wszystkie szczegóły zapadały w pamiec jak nigdy. Wiedziałam dobrze, co jest przyczyna tego zjawiska, i nie czułam sie z tym najlepiej. Gdy jedlismy, niebo zaczeło z wolna zasnuwac sie chmurami. Obłoki rzucały na piasek długie cienie, plamiły ciemno grzbiety fal, a co jakis czas przesłaniały na chwile tarcze słonca. Skonczywszy posiłek, ludzie rozpierzchli sie po play. Czesc poszła nad wode, gdzie mimo licznych grzywaczy, próbowali zabawiac sie, puszczajac kaczki, inni namawiali sie na kolejny spacer do sadzawek. Mike w towarzystwie oddanej mu Jessiki wyruszył do jedynego w wiosce sklepu, zabrało sie z nimi take kilku miejscowych. Siedziałam nadal na kłodzie przy ognisku. Naprzeciwko Lauren i Tyler majstrowali przy odtwarzaczu CD, który ktos pomysłowy przywiózł ze soba. W kregu pozostało równie trzech mieszkanców rezerwatu, w tym Jacob i najstarszy z chłopaków, który wczesniej wszystkich przedstawiał. Kilka minut po tym, jak Angela odeszła w strone jeziorek, Jacob zajał niesmiało jej miejsce u mego boku. Wygladał na jakies czternascie - pietnascie lat. Miał wystajace kosci policzkowe, ciemne, głeboko osadzone oczy i długie, lsniace włosy zwiazane w luzna kitke. Jedwabista skóra chłopca przypominała kolorem cynamon, a jej miekkosc w owalu twarzy zdradzała, e jeszcze niedawno był dzieckiem. Piekna twarz, pomyslałam. Niestety, pierwsze słowa, które padły z ust nieznajomego, popsuły to dobre wraenie. - Jestes Isabella Swan, prawda? - zapytał. Wrócił koszmar pierwszego dnia w szkole. - Bella - poprawiłam zrezygnowana. - Jacob Black. - Wyciagnał dłon na przywitanie. - Kupiłas furgonetke mojego taty. - Ach tak. - Odetchnełam z ulga. Uscisnelismy sobie rece - Syn Billy'ego. Pewnie powinnam ciebie kojarzyc. - Raczej nie, ja jestem najmłodszy w rodzinie. Ale moje dwie starsze siostry chyba pamietasz? - Rachel i Rebecca - przypomniałam sobie nagle. Charlie i Billy zostawiali nas razem, kiedy łowili ryby, ale byłysmy wszystkie zbyt niesmiałe, eby zaprzyjaznic sie jak naley. Poza tym tak czesto dostawałam wtedy napadów złosci, e tato przestał mnie ze soba zabierac, zanim skonczyłam jedenascie lat. - Siostry te tu sa? - Przyjrzałam sie dziewczynom stojacym nad woda, zastanawiajac sie, czy udałoby mi sie je rozpoznac. - Nie. - Jacob pokrecił głowa. - Rachel dostała stypendium i mogła wyjechac na uniwersytet stanowy, a Rebecca wydała sie za surfera z Samoa. Mieszka teraz na Hawajach. - Kurcze, ju po slubie. - Byłam w szoku. Blizniaczki miały niespełna dziewietnascie lat. - I jak ci przypadła do gustu nasza furgonetka? - Uwielbiam ja. Swietnie sie spisuje. - Ale wolno jezdzi - zasmiał sie. - Naprawde sie ucieszyłes, kiedy Charlie ja kupił. Tata nie pozwalał mi zabrac sie do klecenia nowego wozu, tłumaczac, e temu przecie nic nie brakuje. - Nie jest tak zle - zaoponowałam. - Próbowałas jechac powyej szescdziesieciu mil na godzine? - Nie. - I dobrze - zaartował. - Lepiej nie próbuj. Odwzajemniłam usmiech. - Jest za to swietna w kolizjach - dodałam na jej obrone. - Chyba nawet czołg nie dałby staruszce rady. - A wiec remontujesz auta? - Byłam pod wraeniem. - Kiedy mam czas i odpowiednie czesci. Moe wiesz, gdzie mógłbym dostac cylinder do volkswagena rabbita, rocznik 1986? - znowu zaartował. Miał przyjemny, niski, nieco ochrypły głos. - Przykro mi, nie mam pojecia - parsknełam smiechem. - Ale bede miała oczy szeroko otwarte. - Nawet nie wiedziałam, co to, ten cylinder. Łatwo mi sie z Jacobem rozmawiało. Usmiechnał sie serdecznie, najwyrazniej mnie polubił. Ale nie tylko ja to zauwayłam. - To wy sie znacie z Bella? - spytała go Lauren. Ton jej głosu wydal mi sie szyderczy. - Mona by powiedziec, e od urodzenia. - Jak milo - stwierdziła, prychajac nieprzyjemnie. Widac było w jej spojrzeniu, e chce mi jakos dokuczyc. - Własnie mówiłam Tylerowi - zwróciła sie do mnie, przygladajac mi sie badawczo - jaka to wielka szkoda, e adne z Culienów sie dzis nie pojawiło. Czy nikomu nie przyszło do głowy, eby ich zaprosic? - Trudno było uwierzyc, e boleje nad ich nieobecnoscia. Zanim zdayłam cokolwiek odpowiedziec, ku irytacji Lauren odezwał sie najstarszy z Indian. Był ju raczej dorosłym meczyzna ni chłopcem i mówił basem. - Masz na mysli dzieci doktora Cullena? - Tak, a co, znasz ich? - odparła dziewczyna, traktujac obcego z góry. - Cullenowie tu nie przyjedaja - stwierdził, ignorujac jej pytanie i tym samym zamknał temat. Tyler zrobił sie troche zazdrosny i spytał Lauren, co sadzi o jakiejs płycie, zostawiła nas wiec w spokoju. Spojrzałam na Indianina zdziwiona, chcac dowiedziec sie czegos wiecej, ale patrzył w zamysleniu na las za naszymi plecami. W jego słowach kryło sie cos wiecej. Podkreslił wyraz, w sposób, który kazał sie domyslac, e rodzina ta nie jest tu mi widziana, nie ma pozwolenia tu bywac. Odkrycie to wstrzasneło mna głeboko i nie potrafiłam go zbagatelizowac. Jacob przerwał te rozwaania. - A jak tam Forks, dostajesz ju krecka? - Ach, mało powiedziane - wywróciłam oczami. Usmiecha sie ze zrozumieniem. Nadal wracałam myslami do wzmianki o Cullenach, a nagle wpadłam na pewien pomysł, głupi, ale nic innego nie przychodziło mi do głowy. Miałam tylko nadzieje, e Jacob nie ma jeszcze wiekszego doswiadczenia w obchodzeniu sie z dziewczynami i nie połapie sie, e nie o flirt mi chodzi. Zreszta, nawet prawdziwa próba flirtowania w moim wykonaniu musiałaby wypasc ałosnie. - Przejdziemy sie po play? - zapytałam, próbujac nasladowac sztuczke Edwarda z patrzeniem spod rzes. Z pewnoscia nic mogło dac to podobnego efektu, ale chłopak i tak okazał sie chetny. Ruszylismy na północ po wielobarwnych głazach ku skupisku wyrzuconych przez morze konarów. Chmury przesłoniły własnie na niebie ostatni skrawek błekitu - wody zatoki sciemniały i zrobiło sie zimno. Wcisnełam dłonie głeboko w kieszenie kurtki. - Ile masz lat, szesnascie? - spytałam, trzepoczac rzesami jak jakas panienka z głupawego serialu. Starałam sie nie wyjsc przy tym na kompletna idiotke. - Dopiero co skonczyłem pietnascie - przyznał sie mile połechtany. - Naprawde? - udałam niedowierzanie. - Dałabym głowe, e wiecej. - Jestem dosc wysoki jak na swój wiek - wyjasnił. - Czesto bywasz w Forks? - ciagnełam, jakby odpowiedz twierdzaca miałaby mnie bardzo ucieszyc. enada, pomyslałam, bojac sie, e Jacob oskary mnie zaraz o dziewczynskie gierki, ale moje słowa nadal mu schlebiały. - Raczej nie. - Zmarszczył czoło. - Ale jak tylko wykoncze auto bede mógł wpadac do woli. Gdy ju bede miał prawko - dodał. Co to za chłopak, z którym rozmawiała Lauren? Chyba jest za stary na ogniska z nastolatkami. - Celowo podkresliłam rónice wieku, eby Jacob nie poczuł sie zagroony. - To Sam. Ma dziewietnascie lat. - Powiedział cos dziwnego o rodzinie doktora. - O Cullenach? No tak, maja zakaz wstepu na teren rezerwatu - Spojrzał gdzies w bok, w strone wyspy Jamesa. A wiec miałam racje. - Dlaczego? Chłopak przeniósł wzrok na mnie i zagryzł wargi. - Kurcze, tak własciwie nie powinienem ci o tym mówic. - Nie puszcze pary z ust. Po prostu jestem ciekawa. - Usmiechnełam sie przy tym przymilnie, zastanawiajac sie, czy nie przesadzam z tym graniem. Ale Jacob połknał haczyk, odwzajemnił usmiech. Gdy ponownie sie odezwał, głos miał jeszcze bardziej zachrypniety. - Lubisz mroace krew w yłach historie? - zaczał złowieszczo. - Ubóstwiam - zapewniłam go, przybierajac odpowiednia mine. Chłopak podszedł do przyniesionego przez przypływ drzewa, którego sterczace na boki korzenie przypominały nogi ogromnego, bladego pajaka. Przysiadł na jednym z nich, a ja przycupnełam na pniu. Przez chwile spogladał tylko na skały, a w kacikach jego szerokich warg czaił sie usmiech. Widac było, e obmysla, jak to wszystko najlepiej opowiedziec. Skupiłam sie na okazywaniu zainteresowania, które przecie odczuwałam naprawde. - Znasz któras z naszych legend o tym, skad sie wzielismy? No wiesz, my, plemie Quileute? Zaprzeczyłam. - Duo ich, niektóre cofaja sie w czasie a do Potopu. Ponoc staroytni Quileuci przywiazali swoje canoe do czubków najwyszych z rosnacych w górach drzew, eby przetrwac podobnie jak Noe w arce. - Usmiechnał sie, eby pokazac mi, e nie bardzo w to wszystko wierzy. - Inna legenda głosi, e pochodzimy od wilków i e sa one nadal naszymi bracmi. Kto je zabija, łamie prawo plemienne. Sa wreszcie podania o Zimnych Ludziach - dodał z powaga. - O Zimnych Ludziach? - Zamarłam. Nie musiałam ju grac. - Tak. Niektóre z nich sa równie stare, co te o wilkach, ale inne pochodza ze znacznie bliszych nam czasów. Ponoc kilku z nich znał mój pradziadek. To on zawarł z nimi pakt o zostawieniu naszych ziem w spokoju. - Twój własny pradziadek? - wtraciłam zachecajaco. - Zasiadał w starszyznie plemienia, tak jak tato. Widzisz, Zimni sa naturalnymi wrogami wilka. No, nie wilka, ale wilków, które zmieniaja sie w ludzi, tak jak nasi przodkowie. Dla was to wilkołaki. - Wilkołaki maja wrogów? - Tylko jednego. Wpatrywałam sie w niego niecierpliwie, starajac sie udawac, e to tylko zachwyt i zaciekawienie. - Teraz rozumiesz - ciagnał Jacob - e Zimni to wedle tradycji nasi wrogowie. Ale ci, którzy przybyli tu za ycia mojego pradziadka byli inni. Nie polowali, tak jak reszta tej rasy. Ponoc nie stanowia zagroenia dla plemienia. Dlatego własnie mógł byc zawarty pakt. Oni obiecali trzymac sie od naszych ziem z daleka, my, e nie wydamy ich bladym twarzom. - Chłopak mrugnał porozumiewawczo. - Po co to wszystko, skoro nie byli niebezpieczni? - drayłam pilnujac, eby mój rozmówca nie zauwaył, e traktuje te podania zupełnie na serio. - Zwykli ludzie nigdy nie moga czuc sie przy Zimnych bezpieczni, chocby, jak ta ekipa od pradziadka, twierdzili, e sie ucywilizowali. Nigdy nie wiadomo, kiedy najdzie ich taki głód, e straca nad soba kontrole. - Teraz to Jacob grał, przybierajac to narratora opowiesci grozy. - Ucywilizowali sie, czyli co? - Utrzymywali, e nie poluja na ludzi. Jakos sie tam przestawili, e starczały im zwierzeta. - A co to ma do Cullenów? - spytałam, niby ot tak. - Te sa jak ci Zimni twojego pradziadka? Nie. - Jacob zamilkł na chwile dla lepszego efektu. - To dokładnie ta sama rodzina. Musiał chyba wziac moja mine za przejaw strachu. Zadowolony swoich zdolnosci gawedziarskich, usmiechnał sie i wrócił do opowiesci. - Teraz jest ich wiecej, doszła jedna para, ale reszta to ci sami. W czasach pradziadka znano ju ich przywódce, Carlisle'a. Był tutaj i wyjechał, zanim jeszcze pojawili sie biali. - Czyli Zimni zabijaja ludzi? - spytałam w koncu. Jacob usmiechnał sie złowrogo. Pija ich krew. Wy, biali, nazywacie takich wampirami. Przeniosłam wzrok na bijace o brzeg fale, nie majac pewnosci, jakie uczucia zdradza moja twarz. - Dostałas gesiej skórki - zauwaył Jacob z zachwytem. - Masz talent - pochwaliłam go, nadal wpatrzona w dal. - Ale historyjka niezła, prawda? Nic dziwnego, e tata nie pozwala nam jej rozgłaszac. Nadal wolałam nie patrzec w jego strone, eby nie odgadł, co sie dzieje w moim sercu. - Nie martw sie. Nikomu nic nie powiem. - Chyba własnie złamałem jedno z postanowien paktu - zasmiał sie. - Zabiore ze soba twoja tajemnice do grobu - obiecałam i ciarki przebiegły mi po plecach. - A tak na serio, nie mów nic Charliemu. Wsciekł sie na tate, kiedy sie dowiedział, e czesc z naszych nie chodzi do szpitala, odkad zaczał tam pracowac doktor Cullen. - Jasne, buzia na kłódke. - No i co, myslisz teraz, e jestesmy banda przesadnych dzikusów - Spytał, niby w artach, ale i odrobine niepewnie. Nadal wpatrywałam sie w ocean. Odwróciłam sie do niego i obdarzyłam jak najbardziej normalnym usmiechem. - Skad. Swietny z ciebie gawedziarz. Widzisz - pokazałam reke - cały czas mam gesia skórke. - Super - ucieszył sie. Nagle usłyszelismy, e ktos sie zblia - chybotliwe głazy zadrały jeden o drugi. Jednoczesnie odwrócilismy głowy i okazali sie, e to Mike z Jessica. Byli jakies piecdziesiat metrów od nas, Mike mi pomachał. - Tu jestes, Bello - zawołał. Widocznie sie o mnie niepokoił. - To twój chłopak? - spytał Jacob, zaalarmowany zaborcza nuta w głosie mojego kolegi. Zdziwiłam sie, e uczucia Mikeatai łatwo rozszyfrowac. - Chyba artujesz - szepnełam. Byłam dozgonnie wdzieczna Indianinowi za zdradzenie mi sekretu plemienia, nie chciałam, wiec, eby cokolwiek zepsuło mu humor. Mrugnełam do niego filuternie, pilnujac jednak, eby nie zobaczył tego Mike. Jacob usmiechnał sie. Moje niezdarne zaloty przypadły mu do gustu. - Czyli, kiedy ju zrobie prawo jazdy... - zaczał. - Wpadnij do Forks. Wyskoczymy gdzies razem. - Miałam wyrzuty sumienia, e tak go niecnie wykorzystałam, ale z drugie strony był naprawde fajny. Moglibysmy zostac dobrymi przyjaciółmi. Mike był tu - tu, Jess kilka kroków za nim. Chłopak przyjrzał sie Jacobowi podejrzliwie i wyraznie uspokoił, gdy zobaczył, e mój towarzysz jest tak młody. - Gdzie sie podziewałas? - spytał, choc odpowiedz była chyba oczywista. - Jacob opowiadał mi miejscowe legendy - odpowiedziałam - Bardzo ciekawe. - Obdarzyłam Indianina ciepłym usmiechem, a on go odwzajemnił. - Ach tak. - Mike zamilkł na chwile, zastanawiajac sie, co myslec o tym przejawie zayłosci. - Zbieramy sie. Chyba zaraz lunie. Skierowalismy wszyscy wzrok ku niebu. Rzeczywiscie, na to wygladało. W porzadku - zerwałam sie. - Ju ide. Milo było cie znowu widziec - powiedział Jacob, podkreslał słowo „znowu”. Chciał pewnie sie odrobinke z Mikiem podroczyc. - Mnie te. Obiecuje, e zabiore sie z Charliem, kiedy bedzie jechał do Bily'ego nastepnym razem. - Bomba. - Był wniebowziety. - I jeszcze raz wielkie dzieki - dodałam szczerze. W drodze powrotnej na parking naciagnełam kaptur. Pierwsze krople deszczu znaczyły głazy pojedynczymi czarnymi kropkami. Kiedy dotarlismy do aut, inni ju sie przy nich krzatali. Wcisnełam sie na tylne siedzenie miedzy Angele a Tylera, oswiadczajac, e jesli chodzi o miejsce koło kierowcy, kolej na kogos innego. Angela przygladała sie w milczeniu poczatkom burzy za oknem, a Tylera zajeła rozmowa siedzaca przed nim Lauren, mogłam, wiec, nie niepokojona przez nikogo, zamknac oczy, oprzec wygodnie głowe i spróbowac absolutnie o niczym nic myslec. |
||||||