Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
6 HISTORIE MROŻACE KREW W ŻYŁACH

Mój avatar

archiwum

    2012
    Marzec
    Luty
    2011
    Grudzień
    Listopad
    Październik
    Wrzesień
    Czerwiec
    Maj
    Marzec
    Styczeń
    2010
    Listopad
    Październik
    Wrzesień
    Sierpień
    Czerwiec
    Maj
    Kwiecień
    Marzec
    Styczeń
    2009
    Grudzień
    Listopad
    Październik
    Wrzesień
    Lipiec
    Czerwiec
    Maj
    Kwiecień
    Marzec
    Luty
    Styczeń
    2008
    Grudzień
    Listopad
    Wrzesień
    Sierpień
    Lipiec
    Czerwiec
    Maj
    Kwiecień
    Marzec
    Luty
    Styczeń
    2007
    Grudzień
    Listopad
    Październik
    Wrzesień
    Sierpień
    Lipiec
    Czerwiec
    Maj
    Kwiecień
    Marzec
    Luty
    Styczeń
    2006
    Grudzień
    Listopad
    Październik
    Wrzesień
    Sierpień

linki

    inne
    mój fotosik
    Śpiewające konie
    JAK NALEŻ ZACHOWAĆ SIĘ NA DRODZE czyli nauka jazdy
    Piasek by Dydzio
    SABAT - FIRESHOW
    znajomi
    Agusa :)
    Dorota :)

ulubieni





Licznik odwiedzin

Zajrzało tutaj już 56566 osób

Powered by blog 4u

Kocham wiec istnieje, oto mój koniec i początek..

Delikatna jak płatki róży, ostra jak jej kolce, o oczach jak jej liście ustach słodkich jak kwiatu róży sok wczytaj się w pieśni słowa i pokochaj...

******

Ja... jestem jaka jestem...
Zagubiona w tym świecie pełnym cierpienia,
miłości, namiętności i wszystkich innych uczuć dzięki, którym wiem, że żyje.
Nie jestem mała dziewczynką,
ale nie czuje się jeszcze kobietą.
Nikt nie wie jaka jestem naprawde,
nawet ja sama...
Jaka jestem?
...

menu

  1. Strona Główna
  2. Dodaj do Ulubionych

księga gości

  1. Ksiega Gości
  2. Dodaj do Księgi

6 HISTORIE MROŻACE KREW W ŻYŁACH

6 HISTORIE MROACE KREW W YŁACH
Siedziałam w swoim pokoju, starajac sie skupic na trzecim akcie Makbeta, ale tak
naprawde nasłuchiwałam, kiedy pojawi sie Alice Wydawało mi sie, e mimo głosnego szumu
ulewy, bede wstanie usłyszec silnik zbliajacej sie furgonetki. Przeceniłam własne
moliwosci - kiedy po raz kolejny wyjrzałam przez okno, stała ju pod domem.
W piatek nie miałam wielkiej ochoty isc do szkoły i okazało sie, e rzeczywiscie nie
było, po co. Rzecz jasna, nie obyło sie bez kilku komentarzy - zwłaszcza Jessica nie mogła
zapomniec o mojej przygodzie. Na szczescie Mike trzymał jezyk za zebami, wiec chyba nikt
nie wiedział o interwencji Edwarda. Jessica była niemniej bardzo ciekawa, co zaszło miedzy
nami w stołówce.
- Czego chciał od ciebie wczoraj Edward Cullen? - spytała mnie na trygonometrii.
- Tak własciwie to nie wiem - odpowiedziałam szczerze. - Jakos nie mógł dotrzec do
sedna sprawy.
- Wygladałas, jakby bardzo cie zdenerwował - drayła.
- Naprawde? - Nie dawałam nic po sobie poznac.
- To dziwne. Jeszcze nigdy nie widziałam, eby chciał siedziec z kims spoza rodziny.
- Zgadzam sie. Podejrzana sprawa.
Jessica wygladała na zawiedziona. Zapewne liczyła na jakies rewelacje, które mogłaby
puscic w obieg.
Ja z kolei byłam zła na siebie, bo chocia Edwarda miało nie byc w szkole, cały czas,
jak idiotka, ywiłam nadzieje, e moe jednak sie pojawi. Wchodzac do stołówki w
towarzystwie Mije`a i Jessiki, nie mogłam sie oprzec, by nie zerknac na stolik Cullelów -
Rosalie, Alice i Jasper siedzieli pochyleni ku sobie, o czyms zawziecie dyskutujac. Zrobiło mi
sie strasznie smutno na mysl, e mam czekac nic wiadomo ile dni, a znowu zobacze ich
brata.
Paczka Jessiki rozprawiała przy swoim stoliku głównie o planach na nadchodzacy
dzien. Mike nie tracił dobrego humoru, ufajac miejscowemu synoptykowi, który
przepowiadał słonce. Ja z wybuchem radosci czekałam na bezchmurne niebo. Musiałam
jednak przyznac e było znacznie cieplej - niemal pietnascie stopni. Kto wie, pomyslałam,
moe nad tym morzem nie bedzie beznadziejnie?
W czasie lunchu zauwayłam kilkakrotnie, e Lauren spoglada na mnie nieprzyjaznie,
ale dopiero, gdy wychodzilismy ze stołówki dowiedziałam sie przypadkiem, o co chodzi.
Szlam tu za nia, z czego nie zdawała sobie widac sprawy. Jej lsniaca, jasna kitka majtała mi
tu przed nosem.
- Doprawdy nie wiem - rzuciła do Mike'a z sarkazmem - czemu nasza droga Bella nie
usiadła dzis z Cullenami. - Dopiero teraz zauwayłam, e dziewczyna ma nieprzyjemny,
nosowy glos. Zaskoczyła mnie jej wrogosc. Nie znałysmy sie zbyt dobrze, z pewnoscia nie
dosc dobrze, eby miała ju powody mnie nie lubic - a przynajmniej tak mi sie wydawało.
- To moja koleanka - odparł Mike lojalnie. - Siedzi zawsze z nami. - Kierowały nim
te jednak jakies plemienne odruchy. Pozwoliłam, eby wyprzedziły mnie Jessica z Angela.
Nie miałam ochoty usłyszec kolejnego komentarza.
Przy obiedzie Charlie ucieszył sie na wiesc, e wybieram sie do La Push. Miał pewnie
wyrzuty sumienia, e w weekendy siedziałam zawsze sama w domu, ale zbyt wiele lat ył w
okreslony sposób, eby to teraz zmieniac. Znał oczywiscie wszystkich pozostałych
uczestników wycieczki i ich rodziców. Ba, prawdopodobnie take imiona ich
prapradziadków! Nie miał nic przeciwko planowanej na sobote wyprawie. Zastanawiałam sie,
czy równie łatwo zgodziłby sie na mój wyjazd z Edwardem do Seattle - nie ebym zamierzała
mu o tym powiedziec.
- Tato, czy znasz cos takiego jak Kozie Skały? - spytałam obojetnym tonem. - To
chyba gdzies na południe od Rainier.
- Tak, a bo co?
- Wzruszyłam ramionami. Koledzy mi mówili, e jada tam na weekend. To to nie
miejsce na biwak - zdziwił sie. - Pełno niedzwiedzi, a ludzie zapuszczaja sie tam raczej tylko
w sezonie polowan.
- Och. - Opusciłam wzrok. - Moe cos mi sie poplatało.
Zamierzałam pospac dłuej, ale obudziło mnie niezwykle jaskrawe swiatło. Do pokoju
wlewało sie słonce. Nie wierzyłam własnym oczom. Podbiegłam sprawdzic do okna. Wisiało
na niebie zbyt nisko i jakby dalej ni w Arizonie, ale niewatpliwie było to słonce. Na
horyzoncie zalegały chmury, ale poza tym niebo jasniało błekitem. Nie mogłam oderwac sie
od szyby, bojac sie, e cudowne zjawisko zniknie, gdy tylko wyjde na schody.
Sklep Newtonów znajdował sie na północnym skraju miasteczka. Mijałam go ju
wczesniej, ale nigdy nie zagladałam do srodka - jakos nie pociagały mnie piesze wycieczki po
okolicy, nie potrzebowałam, wiec nic ze sprzedawanego w nim sprzetu. Na parkingu dla
klientów rozpoznałam auta Mike'a i Tylera, a przed tym pierwszym dostrzegłam grupke ludzi.
Był tam Eric z dwoma kolegami, bodaje Benem i Connerem, Jess z Angela i Lauren, i trzy
inne dziewczyny, w tym ta, która przewróciłam w piatek na WF - ie. Gdy wysiadałam z
furgonetki, moja ofiara spojrzała na mnie z niechecia i szepneła cos do Lauren. Blondynka
pokreciła głowa z dezaprobata i zmierzyła mnie wzrokiem.
Nic ma, co, czekał mnie kolejny wspaniały dzien.
Przynajmniej Mike ucieszył sie na mój widok.
- Fajnie, e jestes! - zawołał uradowany. - A nie mówiłem, e pogoda dopisze?
- Przecie ci obiecałam - przypomniałam mu.
- Czekamy jeszcze tylko na Lee i Samanthe. Chyba e kogos zaprosiłas? - dodał.
- Nie - skłamałam, majac nadzieje, e prawda nie wyjdzie na jaw - Z drugiej strony
niczego tak bardzo nie pragnełam, jak tego, eby Edward jakims cudem sie jednak pojawił.
Mike wygladał na zadowolonego.
- Pojedziesz moim wozem? Do wyboru jest jeszcze minvan mamy Lee.
- Jasne.
- Usmiechnał sie promiennie. Tak łatwo było go uszczesliwic. Niestety, najwyrazniej
nie potrafiłam lego robic bez ranienia uczuc Jessiki. Kiedy Mike oswiadczył, e moge usiasc
z przodu spojrzała na nas oboje wilkiem.
Szczescie mi jednak sprzyjało. Lee przywiózł z soba dwóch znajomych, przez co
wynikł problem z liczba miejsc i udało mi sie wepchnac Jess miedzy siebie a Mike'a. Chłopak
nie był tym zbytnio zachwycony, ale przynajmniej jej poprawił sie humor.
Z Forks do La Push było tylko pietnascie mil. Droga wiodła niemal cały czas przez
wspaniałe, geste lasy iglaste, a dwukrotnie przekraczalismy szeroko rozlana rzeke Quillayute.
Cieszyłam sie, e trafiło mi sie miejsce z brzegu. Okno, jak i pozostałe, byle otwarte, bo w
dziewiatke dostalibysmy klaustrofobii. Zachłannie wystawiłam twarz do słonca.
Jako małe dziecko czesto jezdziłam latem z Charliem nad morze w te okolice, znałam,
wiec długi na mile półksieyc play nr 1. Był to przecudny widok. Fale oceanu, ciemnoszare
nawet w słoncu, znaczone białymi grzywami, kołysały sie miarowo u stóp skalistych formacji
wybrzea. Z wód zatoki wynurzały sie stromo wysepki o poszarpanych wierzchołkach
obrosnietych strzelistymi jodłami. Cienki pasek piaszczystej play okalał rumowisko
niezliczonych gładkich głazów, z daleka jednakowo burych, z bliska we wszystkich
moliwych barwach własciwych skałom: rdzawych, zielonkawych, fioletowych, błekitno
szarych, bladozłotych - Przypływ naznosił gałezi i pni, które działanie soli upodobniło do
wielkich kosci. Niektóre leały w stertach tu pod lasem, inne samotnie na piasku poza
zasiegiem fal.
Od morza wiał rzeski, chłodny, słonawy wiatr. Nad głowami brodzacych pelikanów
kołował orzeł i gromady mew. Nieliczne chmury nie pozwalały zapomniec o kaprysach aury,
ale na razie na błekitnej połaci nieba królowało słonce.
Zaczelismy schodzic ku play. Mike zaprowadził nas do ułoonego z pni kregu,
najwyrazniej nieraz uywanego przez grupy takie jak nasza. W jego srodku czerniało
popiołem miejsce na ognisko. Eric z chłopakiem, który miał chyba na imie Ben, przyniesli
spod lasu narecza opału i wkrótce na zgliszczach poprzedniego stosu zbudowali z gałezi cos
na kształt wigwamu. - Widziałas kiedys, jak płonie drewno wyrzucone przez morze - spytał
mnie Mike. Przysiadłam na jednej z prowizorycznych ław. Inne dziewczyny, zbite w grupki
po moich bokach, plotkowały zawziecie. Mike kucnał przy gotowym stosie, przytykajac
suchy patyk do płomienia zapalniczki.
- Nie - odparłam, przygladajac sie, jak ostronie umieszcza płonaca gałazke w
wigwamie.
- Spodoba ci sie. Zwróc uwage na kolor. - Zapalił kolejny patyk i dołoył do stosu.
Suche drewno zajeło sie szybko.
- Niebieski - zauwayłam zaskoczona.
- To sprawka soli. Ładnie, prawda? - Powtórzył cała operacje jeszcze raz, eby
ognisko paliło sie równomiernie, po czym zajał miejsce koło mnie. Na szczescie Jess siedziała
po jego drugiej rece - odwróciła sie do niego i wciagneła w rozmowe. Ja tymczasem
podziwiałam niecodzienny kolor strzelajacych ku niebu płomieni.
Po półgodzinie pogaduszek czesc chłopców zapragneła wybrac sie na spacer do
pobliskich jeziorek, które morze zostawiło za soba, cofajac sie w porze odpływu. Byłam w
rozterce. Z jednej strony uwielbiałam takie sadzawki. Kiedy spedzałam wakacje w Forks,
mało co wywoływało u mnie tyle entuzjazmu. Jednak czesto do nich wtedy wpadałam - aden
kłopot dla siedmiolatki pod opieka ojca - Edward prosił mnie przecie, ebym nie kusiła losu.
Decyzje podjeła za mnie Lauren, która wolała zostac na play, nie majac
odpowiednich butów. Z dziewczyn chetne na spacer były Jessica i Angela. Poczekałam, a
zdeklaruja sie Tyler i Eric, gdy oswiadczyli, e zostaja, bez słowa dołaczyłam do gotowej do
wyruszenia grupy. Mike powitał mnie w ich gronie szerokim usmiechem.
Do jeziorek nie szło sie zbyt długo, ale drzewa przesłoniły drogi mi błekit nieba.
Zalegajace pod stropem gałezi zielone swiatło miało w sobie cos mrocznego i złowieszczego,
co kłóciło sie z beztroskim zachowaniem moich kompanów, którzy przekomarzali sie tylko i
co rusz wybuchali smiechem. Stapałam powoli wypatrujac wystajacych korzeni i
zwieszajacych sie zbyt nisko gałezi, przez co wkrótce zostałam nieco w tyle. W koncu
wyszlismy z lasu na skały w miejscu, gdzie do morza wpadała rzeka. Był odpływ, lecz płytkie
sadzawki wzdłu jej pokrytych kamyczkami brzegów nie wysychały nigdy i teraz te tetniły
yciem.
Uwaałam bardzo, eby nie wychylic sie nadto i nie wpasc do jednej z nich, ale inni
nie mieli takich oporów - a to stawali na samym ich skraju, a to skakali ze skały na skałe.
Znalazłszy nad jednym z najwiekszych zbiorników głaz wygladajacy na stabilny, usiadłam na
nim ostronie i zaczełam przypatrywac sie z zachwytem stworzonemu przez nature
akwarium. Przy brzegu kłebiły sie ukryte w nieforemnych muszlach kraby, bukiety
zjawiskowych ukwiałów falowały targane niewidzialnym pradem, rozgwiazd czepiały sie skał
i siebie nawzajem, a wsród jaskrawozielonych wodorostów, czekajac na powrót oceanu, wił
sie czarny wegorzu w białe paski. Obserwacja morskiego swiata pochłoneła mnie niemal
całkowicie, ale niewielka czesc mojego mózgu wcia zajeta była rozmyslaniem o Edwardzie,
Zastanawiałam sie, co teraz porabia i o czym rozmawialibysmy, gdyby mi towarzyszył.
Po pewnym czasie chłopcy zgłodnieli i postanowili wrócic, podniosłam sie, wiec
zesztywniała, eby podayc za nimi. Tym razem starałam sie dotrzymac im w lesie kroku, co,
rzecz jasna, przypłaciłam kilkoma upadkami. Otarłam sobie jednak tylko dłonie i poplamiłam
kolana dinsów na zielono. Mogło byc gorzej.
Kiedy znalezlismy sie z powrotem na play nr 1, dostrzeglismy, e przy ognisku jest
wiecej osób ni przedtem. Nowo przybyli mieli lsniace czarne włosy i miedziana skóre, co
oznaczało, e to nasi rówiesnicy z rezerwatu, chcacy sie wspólnie zabawic. Własnie
rozdawano prowiant, wiec chłopcy przyspieszyli kroku, eby cos jeszcze załapac. Z Angela
podeszłysmy do kregu jako ostatnie. Tak jak i pozostałych, przedstawił nas Erc. Zauwayłam,
e jeden z Indian, słyszac moje imie, zerknał na mnie zaciekawiony - Usiadłam koło Angeli, a
Mike przyniósł nam kanapki i róne napoje gazowane do wyboru, najstarszy z gosci
wymieniał tymczasem imiona swoich siedmiu kolegów i koleanek. Zapamietałam tylko, e
jedna z dziewczyn to te Jessica, a na chłopca, który na mnie spojrzał, wołaja Jacob.
Miło było tak siedziec przy Angeli, przeuwajac kanapki, bo nie czułam potrzeby
zagłuszania ciszy bezmyslna paplanina. Dawało sie przy niej odpoczac, pozwalała mi
rozmyslac bez przeszkód. A myslałam akurat o tym, e czas w Forks mija mi dwojako.
Zwykle wspominałam miniony dzien jak przez mgłe, wyróniały sie najwyej jakies
pojedyncze obrazy czy sceny. Zdarzały sie jednak takie chwile, kiedy znaczaca była kada
sekunda, a wszystkie szczegóły zapadały w pamiec jak nigdy. Wiedziałam dobrze, co jest
przyczyna tego zjawiska, i nie czułam sie z tym najlepiej.
Gdy jedlismy, niebo zaczeło z wolna zasnuwac sie chmurami. Obłoki rzucały na
piasek długie cienie, plamiły ciemno grzbiety fal, a co jakis czas przesłaniały na chwile tarcze
słonca. Skonczywszy posiłek, ludzie rozpierzchli sie po play. Czesc poszła nad wode, gdzie
mimo licznych grzywaczy, próbowali zabawiac sie, puszczajac kaczki, inni namawiali sie na
kolejny spacer do sadzawek. Mike w towarzystwie oddanej mu Jessiki wyruszył do jedynego
w wiosce sklepu, zabrało sie z nimi take kilku miejscowych. Siedziałam nadal na kłodzie
przy ognisku. Naprzeciwko Lauren i Tyler majstrowali przy odtwarzaczu CD, który ktos
pomysłowy przywiózł ze soba. W kregu pozostało równie trzech mieszkanców rezerwatu, w
tym Jacob i najstarszy z chłopaków, który wczesniej wszystkich przedstawiał.
Kilka minut po tym, jak Angela odeszła w strone jeziorek, Jacob zajał niesmiało jej
miejsce u mego boku. Wygladał na jakies czternascie - pietnascie lat. Miał wystajace kosci
policzkowe, ciemne, głeboko osadzone oczy i długie, lsniace włosy zwiazane w luzna kitke.
Jedwabista skóra chłopca przypominała kolorem cynamon, a jej miekkosc w owalu twarzy
zdradzała, e jeszcze niedawno był dzieckiem. Piekna twarz, pomyslałam. Niestety, pierwsze
słowa, które padły z ust nieznajomego, popsuły to dobre wraenie.
- Jestes Isabella Swan, prawda? - zapytał. Wrócił koszmar pierwszego dnia w szkole.
- Bella - poprawiłam zrezygnowana.
- Jacob Black. - Wyciagnał dłon na przywitanie. - Kupiłas furgonetke mojego taty.
- Ach tak. - Odetchnełam z ulga. Uscisnelismy sobie rece - Syn Billy'ego. Pewnie
powinnam ciebie kojarzyc.
- Raczej nie, ja jestem najmłodszy w rodzinie. Ale moje dwie starsze siostry chyba
pamietasz?
- Rachel i Rebecca - przypomniałam sobie nagle. Charlie i Billy zostawiali nas razem,
kiedy łowili ryby, ale byłysmy wszystkie zbyt niesmiałe, eby zaprzyjaznic sie jak naley.
Poza tym tak czesto dostawałam wtedy napadów złosci, e tato przestał mnie ze soba
zabierac, zanim skonczyłam jedenascie lat.
- Siostry te tu sa? - Przyjrzałam sie dziewczynom stojacym nad woda, zastanawiajac
sie, czy udałoby mi sie je rozpoznac.
- Nie. - Jacob pokrecił głowa. - Rachel dostała stypendium i mogła wyjechac na
uniwersytet stanowy, a Rebecca wydała sie za surfera z Samoa. Mieszka teraz na Hawajach.
- Kurcze, ju po slubie. - Byłam w szoku. Blizniaczki miały niespełna dziewietnascie
lat.
- I jak ci przypadła do gustu nasza furgonetka?
- Uwielbiam ja. Swietnie sie spisuje.
- Ale wolno jezdzi - zasmiał sie. - Naprawde sie ucieszyłes, kiedy Charlie ja kupił.
Tata nie pozwalał mi zabrac sie do klecenia nowego wozu, tłumaczac, e temu przecie nic
nie brakuje.
- Nie jest tak zle - zaoponowałam.
- Próbowałas jechac powyej szescdziesieciu mil na godzine?
- Nie.
- I dobrze - zaartował. - Lepiej nie próbuj.
Odwzajemniłam usmiech.
- Jest za to swietna w kolizjach - dodałam na jej obrone.
- Chyba nawet czołg nie dałby staruszce rady.
- A wiec remontujesz auta? - Byłam pod wraeniem.
- Kiedy mam czas i odpowiednie czesci. Moe wiesz, gdzie mógłbym dostac cylinder
do volkswagena rabbita, rocznik 1986? - znowu zaartował. Miał przyjemny, niski, nieco
ochrypły głos.
- Przykro mi, nie mam pojecia - parsknełam smiechem. - Ale bede miała oczy szeroko
otwarte. - Nawet nie wiedziałam, co to, ten cylinder. Łatwo mi sie z Jacobem rozmawiało.
Usmiechnał sie serdecznie, najwyrazniej mnie polubił. Ale nie tylko ja to zauwayłam.
- To wy sie znacie z Bella? - spytała go Lauren. Ton jej głosu wydal mi sie szyderczy.
- Mona by powiedziec, e od urodzenia.
- Jak milo - stwierdziła, prychajac nieprzyjemnie. Widac było w jej spojrzeniu, e
chce mi jakos dokuczyc.
- Własnie mówiłam Tylerowi - zwróciła sie do mnie, przygladajac mi sie badawczo -
jaka to wielka szkoda, e adne z Culienów sie dzis nie pojawiło. Czy nikomu nie przyszło do
głowy, eby ich zaprosic? - Trudno było uwierzyc, e boleje nad ich nieobecnoscia.
Zanim zdayłam cokolwiek odpowiedziec, ku irytacji Lauren odezwał sie najstarszy z
Indian. Był ju raczej dorosłym meczyzna ni chłopcem i mówił basem.
- Masz na mysli dzieci doktora Cullena?
- Tak, a co, znasz ich? - odparła dziewczyna, traktujac obcego z góry.
- Cullenowie tu nie przyjedaja - stwierdził, ignorujac jej pytanie i tym samym
zamknał temat.
Tyler zrobił sie troche zazdrosny i spytał Lauren, co sadzi o jakiejs płycie, zostawiła
nas wiec w spokoju.
Spojrzałam na Indianina zdziwiona, chcac dowiedziec sie czegos wiecej, ale patrzył w
zamysleniu na las za naszymi plecami. W jego słowach kryło sie cos wiecej. Podkreslił
wyraz, w sposób, który kazał sie domyslac, e rodzina ta nie jest tu mi widziana, nie ma
pozwolenia tu bywac. Odkrycie to wstrzasneło mna głeboko i nie potrafiłam go
zbagatelizowac. Jacob przerwał te rozwaania.
- A jak tam Forks, dostajesz ju krecka?
- Ach, mało powiedziane - wywróciłam oczami. Usmiecha sie ze zrozumieniem.
Nadal wracałam myslami do wzmianki o Cullenach, a nagle wpadłam na pewien
pomysł, głupi, ale nic innego nie przychodziło mi do głowy. Miałam tylko nadzieje, e Jacob
nie ma jeszcze wiekszego doswiadczenia w obchodzeniu sie z dziewczynami i nie połapie sie,
e nie o flirt mi chodzi. Zreszta, nawet prawdziwa próba flirtowania w moim wykonaniu
musiałaby wypasc ałosnie.
- Przejdziemy sie po play? - zapytałam, próbujac nasladowac sztuczke Edwarda z
patrzeniem spod rzes. Z pewnoscia nic mogło dac to podobnego efektu, ale chłopak i tak
okazał sie chetny.
Ruszylismy na północ po wielobarwnych głazach ku skupisku wyrzuconych przez
morze konarów. Chmury przesłoniły własnie na niebie ostatni skrawek błekitu - wody zatoki
sciemniały i zrobiło sie zimno. Wcisnełam dłonie głeboko w kieszenie kurtki.
- Ile masz lat, szesnascie? - spytałam, trzepoczac rzesami jak jakas panienka z
głupawego serialu. Starałam sie nie wyjsc przy tym na kompletna idiotke.
- Dopiero co skonczyłem pietnascie - przyznał sie mile połechtany.
- Naprawde? - udałam niedowierzanie. - Dałabym głowe, e wiecej.
- Jestem dosc wysoki jak na swój wiek - wyjasnił.
- Czesto bywasz w Forks? - ciagnełam, jakby odpowiedz twierdzaca miałaby mnie
bardzo ucieszyc. enada, pomyslałam, bojac sie, e Jacob oskary mnie zaraz o
dziewczynskie gierki, ale moje słowa nadal mu schlebiały.
- Raczej nie. - Zmarszczył czoło. - Ale jak tylko wykoncze auto bede mógł wpadac do
woli. Gdy ju bede miał prawko - dodał. Co to za chłopak, z którym rozmawiała Lauren?
Chyba jest za stary na ogniska z nastolatkami. - Celowo podkresliłam rónice wieku, eby
Jacob nie poczuł sie zagroony. - To Sam. Ma dziewietnascie lat. - Powiedział cos dziwnego
o rodzinie doktora. - O Cullenach? No tak, maja zakaz wstepu na teren rezerwatu - Spojrzał
gdzies w bok, w strone wyspy Jamesa. A wiec miałam racje.
- Dlaczego?
Chłopak przeniósł wzrok na mnie i zagryzł wargi.
- Kurcze, tak własciwie nie powinienem ci o tym mówic.
- Nie puszcze pary z ust. Po prostu jestem ciekawa. - Usmiechnełam sie przy tym
przymilnie, zastanawiajac sie, czy nie przesadzam z tym graniem.
Ale Jacob połknał haczyk, odwzajemnił usmiech. Gdy ponownie sie odezwał, głos
miał jeszcze bardziej zachrypniety.
- Lubisz mroace krew w yłach historie? - zaczał złowieszczo.
- Ubóstwiam - zapewniłam go, przybierajac odpowiednia mine. Chłopak podszedł do
przyniesionego przez przypływ drzewa, którego sterczace na boki korzenie przypominały
nogi ogromnego, bladego pajaka. Przysiadł na jednym z nich, a ja przycupnełam na pniu.
Przez chwile spogladał tylko na skały, a w kacikach jego szerokich warg czaił sie usmiech.
Widac było, e obmysla, jak to wszystko najlepiej opowiedziec. Skupiłam sie na okazywaniu
zainteresowania, które przecie odczuwałam naprawde.
- Znasz któras z naszych legend o tym, skad sie wzielismy? No wiesz, my, plemie
Quileute?
Zaprzeczyłam.
- Duo ich, niektóre cofaja sie w czasie a do Potopu. Ponoc staroytni Quileuci
przywiazali swoje canoe do czubków najwyszych z rosnacych w górach drzew, eby
przetrwac podobnie jak Noe w arce. - Usmiechnał sie, eby pokazac mi, e nie bardzo w to
wszystko wierzy. - Inna legenda głosi, e pochodzimy od wilków i e sa one nadal naszymi
bracmi. Kto je zabija, łamie prawo plemienne. Sa wreszcie podania o Zimnych Ludziach -
dodał z powaga.
- O Zimnych Ludziach? - Zamarłam. Nie musiałam ju grac.
- Tak. Niektóre z nich sa równie stare, co te o wilkach, ale inne pochodza ze znacznie
bliszych nam czasów. Ponoc kilku z nich znał mój pradziadek. To on zawarł z nimi pakt o
zostawieniu naszych ziem w spokoju.
- Twój własny pradziadek? - wtraciłam zachecajaco.
- Zasiadał w starszyznie plemienia, tak jak tato. Widzisz, Zimni sa naturalnymi
wrogami wilka. No, nie wilka, ale wilków, które zmieniaja sie w ludzi, tak jak nasi
przodkowie. Dla was to wilkołaki.
- Wilkołaki maja wrogów?
- Tylko jednego.
Wpatrywałam sie w niego niecierpliwie, starajac sie udawac, e to tylko zachwyt i
zaciekawienie.
- Teraz rozumiesz - ciagnał Jacob - e Zimni to wedle tradycji nasi wrogowie. Ale ci,
którzy przybyli tu za ycia mojego pradziadka byli inni. Nie polowali, tak jak reszta tej rasy.
Ponoc nie stanowia zagroenia dla plemienia. Dlatego własnie mógł byc zawarty pakt. Oni
obiecali trzymac sie od naszych ziem z daleka, my, e nie wydamy ich bladym twarzom. -
Chłopak mrugnał porozumiewawczo.
- Po co to wszystko, skoro nie byli niebezpieczni? - drayłam pilnujac, eby mój
rozmówca nie zauwaył, e traktuje te podania zupełnie na serio.
- Zwykli ludzie nigdy nie moga czuc sie przy Zimnych bezpieczni, chocby, jak ta
ekipa od pradziadka, twierdzili, e sie ucywilizowali. Nigdy nie wiadomo, kiedy najdzie ich
taki głód, e straca nad soba kontrole. - Teraz to Jacob grał, przybierajac to narratora
opowiesci grozy.
- Ucywilizowali sie, czyli co?
- Utrzymywali, e nie poluja na ludzi. Jakos sie tam przestawili, e starczały im
zwierzeta.
- A co to ma do Cullenów? - spytałam, niby ot tak. - Te sa jak ci Zimni twojego
pradziadka? Nie. - Jacob zamilkł na chwile dla lepszego efektu. - To dokładnie ta sama
rodzina.
Musiał chyba wziac moja mine za przejaw strachu. Zadowolony swoich zdolnosci
gawedziarskich, usmiechnał sie i wrócił do opowiesci.
- Teraz jest ich wiecej, doszła jedna para, ale reszta to ci sami. W czasach pradziadka
znano ju ich przywódce, Carlisle'a. Był tutaj i wyjechał, zanim jeszcze pojawili sie biali.
- Czyli Zimni zabijaja ludzi? - spytałam w koncu. Jacob usmiechnał sie złowrogo.
Pija ich krew. Wy, biali, nazywacie takich wampirami. Przeniosłam wzrok na bijace o
brzeg fale, nie majac pewnosci, jakie uczucia zdradza moja twarz.
- Dostałas gesiej skórki - zauwaył Jacob z zachwytem.
- Masz talent - pochwaliłam go, nadal wpatrzona w dal.
- Ale historyjka niezła, prawda? Nic dziwnego, e tata nie pozwala nam jej rozgłaszac.
Nadal wolałam nie patrzec w jego strone, eby nie odgadł, co sie dzieje w moim sercu.
- Nie martw sie. Nikomu nic nie powiem.
- Chyba własnie złamałem jedno z postanowien paktu - zasmiał sie.
- Zabiore ze soba twoja tajemnice do grobu - obiecałam i ciarki przebiegły mi po
plecach.
- A tak na serio, nie mów nic Charliemu. Wsciekł sie na tate, kiedy sie dowiedział, e
czesc z naszych nie chodzi do szpitala, odkad zaczał tam pracowac doktor Cullen.
- Jasne, buzia na kłódke.
- No i co, myslisz teraz, e jestesmy banda przesadnych dzikusów - Spytał, niby w
artach, ale i odrobine niepewnie. Nadal wpatrywałam sie w ocean.
Odwróciłam sie do niego i obdarzyłam jak najbardziej normalnym usmiechem.
- Skad. Swietny z ciebie gawedziarz. Widzisz - pokazałam reke - cały czas mam gesia
skórke.
- Super - ucieszył sie.
Nagle usłyszelismy, e ktos sie zblia - chybotliwe głazy zadrały jeden o drugi.
Jednoczesnie odwrócilismy głowy i okazali sie, e to Mike z Jessica. Byli jakies piecdziesiat
metrów od nas, Mike mi pomachał.
- Tu jestes, Bello - zawołał. Widocznie sie o mnie niepokoił.
- To twój chłopak? - spytał Jacob, zaalarmowany zaborcza nuta w głosie mojego
kolegi. Zdziwiłam sie, e uczucia Mikeatai łatwo rozszyfrowac.
- Chyba artujesz - szepnełam. Byłam dozgonnie wdzieczna Indianinowi za
zdradzenie mi sekretu plemienia, nie chciałam, wiec, eby cokolwiek zepsuło mu humor.
Mrugnełam do niego filuternie, pilnujac jednak, eby nie zobaczył tego Mike. Jacob
usmiechnał sie. Moje niezdarne zaloty przypadły mu do gustu.
- Czyli, kiedy ju zrobie prawo jazdy... - zaczał.
- Wpadnij do Forks. Wyskoczymy gdzies razem. - Miałam wyrzuty sumienia, e tak
go niecnie wykorzystałam, ale z drugie strony był naprawde fajny. Moglibysmy zostac
dobrymi przyjaciółmi.
Mike był tu - tu, Jess kilka kroków za nim. Chłopak przyjrzał sie Jacobowi
podejrzliwie i wyraznie uspokoił, gdy zobaczył, e mój towarzysz jest tak młody.
- Gdzie sie podziewałas? - spytał, choc odpowiedz była chyba oczywista.
- Jacob opowiadał mi miejscowe legendy - odpowiedziałam - Bardzo ciekawe. -
Obdarzyłam Indianina ciepłym usmiechem, a on go odwzajemnił.
- Ach tak. - Mike zamilkł na chwile, zastanawiajac sie, co myslec o tym przejawie
zayłosci. - Zbieramy sie. Chyba zaraz lunie.
Skierowalismy wszyscy wzrok ku niebu. Rzeczywiscie, na to wygladało.
W porzadku - zerwałam sie. - Ju ide. Milo było cie znowu widziec - powiedział
Jacob, podkreslał słowo „znowu”. Chciał pewnie sie odrobinke z Mikiem podroczyc. - Mnie
te. Obiecuje, e zabiore sie z Charliem, kiedy bedzie jechał do Bily'ego nastepnym razem.
- Bomba. - Był wniebowziety.
- I jeszcze raz wielkie dzieki - dodałam szczerze.
W drodze powrotnej na parking naciagnełam kaptur. Pierwsze krople deszczu
znaczyły głazy pojedynczymi czarnymi kropkami. Kiedy dotarlismy do aut, inni ju sie przy
nich krzatali. Wcisnełam sie na tylne siedzenie miedzy Angele a Tylera, oswiadczajac, e jesli
chodzi o miejsce koło kierowcy, kolej na kogos innego. Angela przygladała sie w milczeniu
poczatkom burzy za oknem, a Tylera zajeła rozmowa siedzaca przed nim Lauren, mogłam,
wiec, nie niepokojona przez nikogo, zamknac oczy, oprzec wygodnie głowe i spróbowac
absolutnie o niczym nic myslec.

bloo 18/06/2009 23:47:51 [Powrót] Komentuj